W ostatnich dniach opinię publiczną rozgrzała informacja o rzekomym „wyrzuceniu krzyża do kosza” przez nauczycielkę podczas lekcji. Sprawa natychmiast stała się paliwem medialnym, a wokół szkoły pojawili się protestujący, w tym osoby określające się mianem „obrońców granic”. Pojawiły się zapowiedzi zawiadomień do prokuratury, zarzuty o obrazę uczuć religijnych, a w internecie – klasyczna nagonka.

Problem polega na tym, że prawo karne nie działa na emocjach ani nagłówkach, lecz na faktach. A te – im dłużej sprawa jest wyjaśniana – okazują się znacznie mniej sensacyjne niż pierwotne doniesienia.
Co faktycznie mogło się wydarzyć?
Z kolejnych relacji medialnych wynika, że przedmiot, który trafił do kosza, nie musiał być krzyżem wiszącym na ścianie jako symbol kultu religijnego. Pojawiają się informacje, że był to plastikowy krzyż – rekwizyt, którym uczniowie bawili się na lekcji, przeszkadzając w jej prowadzeniu. W przestrzeni publicznej funkcjonuje także wątek, że był to element stroju halloweenowego, a nie przedmiot kultu religijnego w sensie prawnym.
To rozróżnienie nie jest semantyczną sztuczką. Ono decyduje o tym, czy w ogóle można mówić o przestępstwie.
Art. 196 k.k. to nie automat
W debacie natychmiast przywołano art. 196 k.k., czyli przestępstwo obrazy uczuć religijnych. Warto jednak przypomnieć, że ten przepis ma bardzo konkretne przesłanki. Nie wystarczy, że pojawia się słowo „krzyż”.
Aby mówić o przestępstwie, musiałoby jednocześnie dojść do:
• publicznego znieważenia,
• przedmiotu czci religijnej,
• w sposób obrażający uczucia religijne konkretnych osób,
• przy istnieniu zamiaru znieważenia.
Jeżeli przedmiot był plastikowym rekwizytem, używanym w zabawie lub jako element przebrania, a nauczycielka wyrzuciła go do kosza w reakcji na zakłócanie lekcji – brakuje podstaw do postawienia zarzutu artykułu. Prawo karne nie penalizuje każdego gestu, który komuś się nie podoba. Penalizuje zachowania o realnej, społecznej szkodliwości.
Szkoła to nie scena polityczna
Szczególnie niepokojące jest to, co wydarzyło się później: eskalacja emocji przed szkołą, obecność środowisk znanych z radykalnych protestów oraz próba wymuszenia „rozstrzygnięcia” sprawy na ulicy i w mediach społecznościowych.
Szkoła nie jest ringiem ideologicznym. Dzieci nie mogą być zakładnikami sporów dorosłych. A prokuratura nie jest narzędziem do potwierdzania czyichś przekonań światopoglądowych.
W państwie prawa to nie tłum decyduje, czy doszło do przestępstwa, lecz analiza dowodów: co dokładnie było przedmiotem zdarzenia, w jakim kontekście, jakie padły słowa, jaki był zamiar i czy ktokolwiek został realnie dotknięty w sferze chronionej przez prawo karne.
A co z wersją nauczycielki?
W całym zamieszaniu szczególnie łatwo pominąć jedną, podstawową zasadę: wysłuchanie drugiej strony. Jeżeli nauczycielka twierdzi, że odebrała uczniom przedmiot, którym rzucano lub którym się bawiono w trakcie lekcji, to nie jest to „linia obrony”, lecz okoliczność faktyczna, która wymaga sprawdzenia.
Postępowanie wyjaśniające, odpowiedzialność dyscyplinarna czy procedury szkolne to jedno. Natomiast robienie z takiej sytuacji sprawy karnej – bez rzetelnego ustalenia faktów – to coś zupełnie innego.
Prawo karne nie służy do zarządzania emocjami
Ta sprawa pokazuje szerszy problem: coraz częściej prawo karne próbuje się używać jako pewnego rodzaju „pałki” ideologicznej. Tymczasem jego rolą nie jest reagowanie na każdą kontrowersję, lecz ochrona przed czynami rzeczywiście niebezpiecznymi lub społecznie szkodliwymi.
Jeżeli doszło do niestosownego zachowania – są inne środki. Jeżeli doszło do błędu wychowawczego – są inne procedury np. postępowanie dyscyplinarne. Ale jeżeli do kosza trafił plastikowy rekwizyt, a nie przedmiot kultu religijnego, to nie doszło do „ataku na religię” w rozumieniu prawa karnego.
Emocje kontra prawo – gdzie przebiega granica
W demokratycznym państwie prawa emocje mogą być głośne, ale to fakty i przepisy mają ostatnie słowo. I dobrze byłoby, gdybyśmy – zwłaszcza w sprawach dotyczących szkoły i dzieci – o tym pamiętali.
Czasem może się wydawać, że prawnicy-praktycy są pozbawieni emocji. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie — po prostu nie reagujemy impulsem, lecz analizą. Każde głośne zdarzenie, każdą sensację, przepuszczamy przez filtr przepisów prawa. To właśnie ten proces – w języku prawnym nazywany subsumpcją – pozwala oddzielić to, co budzi emocje, od tego, co faktycznie stanowi przestępstwo.
Gdy prawo staje się narzędziem presji
Piszę o tym jako praktyk, który na co dzień zajmuje się sprawami naprawdę poważnymi: przemocą, groźbami, napaściami i realnym naruszaniem godności człowieka. W takich sprawach emocje są ogromne, ale zawsze muszą ustąpić miejsca faktom i dowodom.
Dlatego z niepokojem obserwuję próby uruchamiania prawa karnego po to, by wygrać spór światopoglądowy, a nie po to, by chronić kogokolwiek przed realną krzywdą. Prawo karne nie służy do rozładowywania zbiorowych emocji ani do symbolicznych bitew.
Jeżeli zaczniemy traktować prokuraturę jako narzędzie do potwierdzania własnych przekonań, szybko okaże się, że ofiarą takiego mechanizmu może stać się każdy. A państwo prawa kończy się dokładnie w tym momencie, w którym prawo przestaje być analizą faktów, a zaczyna być reakcją na krzyk tłumu.

Aplikant adwokacki, mediator sądowy, doktorant, wolontariusz. Specjalizujący się w prawie karnym, rodzinnym, pracy oraz w sprawach administracyjnych, ze szczególnym uwzględnieniem ochrony praw cudzoziemców. Reprezentuje osoby pokrzywdzone przestępstwami, w tym przestępstwami na tle narodowościowym i ksenofobicznym, jak również podejrzanych i oskarżonych w postępowaniach karnych.
Autor publikacji i wystąpień poświęconych prawnokarnej ochronie czci i godności, odpowiedzialności karnej w mediach społecznościowych oraz problematyce dyskryminacji. Założyciel i prezes fundacji zajmującej się pomocą prawną osobom dotkniętym przemocą motywowaną uprzedzeniami. Aktywnie angażuje się w działalność edukacyjną i społeczną na rzecz praw człowieka. Wolontariusz systematycznie odwiedzający pomagający domom dziecka w Polsce i Ukrainie.
