Karimata, namiot i pies w metrze – to już ich stałe miejsce. Czy Polska jest na to gotowa?

Namioty rozstawione na peronie stacji metra w Kijowie podczas alarmu powietrznego, ludzie czekający w schronieniu

Zdjęcie: Getty Images / oprac. Nowiny Wschodnie

Wesprzyj Nowiny Wschodnie
Pomóż nam rozwijać niezależne polsko-ukraińskie medium.
Wspólnie zebraliśmy
242 zł
Cel
5 000 zł
Każde wsparcie pomaga nam tworzyć rzetelne informacje i rozwijać portal.
Postaw kawę za:


Część mieszkańców Kijowa dawno przestała czekać na syrenę – po prostu idzie do metra z wyprzedzeniem, z własną karimatą, namiotem i psem, tam, gdzie od dawna ma niemal „swoje” miejsce. We wsi sto kilometrów dalej syrena brzmi równie głośno, ale znaczna część mieszkańców nawet nie schodzi już do piwnicy. To nie dwa różne narody – to jeden kraj, który przez cztery i pół roku wojny wypracował dwa zupełnie różne sposoby życia z ciągłym zagrożeniem. I właśnie tego doświadczenia próbują się dziś uczyć kraje, które same nigdy nie miały do czynienia z masowymi atakami powietrznymi na własnym terytorium.

Ludzie śpiący na materacach i w namiotach w kijowskim metrze podczas nocnego alarmu powietrznego

Zdjęcie: Andrij Chodkow / Apostrof / oprac. Nowiny Wschodnie

Zacznijmy od stolicy. Kijowski metropolitan jest oficjalnie schronieniem – i właśnie dlatego, że w nocy, gdy metro nie działa jako transport, nie „zamyka się” dla ludzi, lecz zamienia się w nocne schronienie. Problem w tym, że oficjalnych schronień na całe miasto fizycznie brakuje, więc metro w dużej mierze przejmuje to obciążenie. Średnia głębokość zalegania stacji kijowskiego metra to od kilkunastu do ponad sześćdziesięciu metrów, a najgłębsza stacja, „Arsenalna”, leży na poziomie 105,5 metrato jedna z najgłębszych stacji metra na świecie, i to właśnie ta głębokość czyni ją jednym z najbezpieczniejszych schronień w mieście. W ostatnich miesiącach w stolicy utrwaliła się praktyka, której nie było na początku wojny: część kijowian nie czeka już w domu na nocną syrenę, tylko przychodzi na stacje z wyprzedzeniem, całymi rodzinami, z karimatami, ciepłymi kocami, materacami dmuchanymi i turystycznymi namiotami – żeby po prostu się wyspać pod ziemią, zamiast biec tam w środku nocy. Wiosną i latem 2026 roku w Kijowie wybuchł nawet publiczny spór: namiotów na peronach zrobiło się tak dużo, że osobom przychodzącym już w trakcie samego alarmu zaczęło brakować miejsca, a władze miasta rozważały ograniczenie ich rozstawiania – w efekcie metro zaktualizowało listę zalecanych rzeczy, rekomendując raczej karimaty niż całe namioty. Ludzie przychodzą też z kotami i psami – od lutego 2026 roku przepisy oficjalnie zezwalają na wejście do schronienia z dowolnym zwierzęciem domowym, a na peronach można zobaczyć całe „obozowiska” złożone z namiotu, karimaty i zwierzęcia obok.

Na wsi obraz wygląda zupełnie inaczej. Praktycznie w każdym prywatnym gospodarstwie jest piwnica lub loch, a lokalne władze w instrukcjach obrony cywilnej wprost zalecają wykorzystanie go jako schronienia, zawczasu wyposażając je w krzesła, latarkę i ciepłe rzeczy. Ale w przeciwieństwie do kijowskiego metra, gdzie problemem stał się brak miejsca, na wsiach dotkliwszy jest problem odwrotny: znaczna część ludzi po prostu tam nie schodzi. Lokalne gromady w obwodach iwanofrankiwskim i charkowskim otwarcie przyznają w apelach do mieszkańców, że większość albo w ogóle ignoruje sygnał i kontynuuje swoje zajęcia, albo przynajmniej odmawia reakcji – zwłaszcza osoby starsze, które trzeba osobno przekonywać, że to poważna sprawa.

Dlaczego przyzwyczajenie do alarmu nie oznacza obojętności wobec własnego życia?

To pytanie nie jest retoryczne z naukowego punktu widzenia. Najbardziej szczegółowe badanie na ten temat opublikowali w 2023 roku naukowcy z Uniwersytetu Chicagowskiego i Uniwersytetu Michigan wspólnie z Ipsos: przeanalizowali ponad 3000 alarmów powietrznych na podstawie danych geolokalizacyjnych z 17 milionów smartfonów – to około 60 procent ludności Ukrainy. Wynik jest dwojaki. Na początku wojny reakcja ludzi na syrenę ratowała życie: udało się zapobiec 35–45 procentom potencjalnych ofiar właśnie dzięki temu, że ludzie szli do schronień. Ale z czasem efekt słabł: z powodu tak zwanego „zmęczenia alarmami” (alert fatigue) kolejnym 8–15 procentom ofiar, którym teoretycznie można było zapobiec, zapobiec się już nie udało – ludzie po prostu przestawali reagować.

Nauka psychologiczna tłumaczy to nie kaprysem czy lekkomyślnością. Badanie opublikowane w czasopiśmie Frontiers in Psychiatry – 307 uczestników, cztery tygodnie obserwacji smartfonowych w strefach działań wojennych – wykazało, że przyzwyczajenie tylko nieznacznie łagodzi samą lękliwość: nie znika ona nigdzie, człowiek po prostu przestaje za każdym razem fizycznie na nią reagować.

Ludzie zmęczyli się działaniem, zmęczyli się reagowaniem” – wyjaśnia psycholożka Ołena Bortnikowa, ostrzegając, że stała lękliwość bez reakcji podnosi ryzyko depresji, i zalecając zasadę „dwóch ścian” jako minimalny kompromis dla tych, którzy już nie idą do schronienia.

Psychoterapeutka Maryna Usenko opisuje jeszcze jeden efekt: część ludzi na tyle przyzwyczaiła się już do życia w rytmie syreny, że odczuwa ulgę nie wtedy, gdy alarm się kończy, lecz wtedy, gdy w końcu rozbrzmiewa – bo oczekiwanie okazuje się cięższe niż sam alarm. W Charkowie, jak mówi szef administracji obwodowej Ołeh Syniehubow, większość mieszkańców po prostu ignoruje sygnały, a władze świadomie nie zmniejszają głośności syren – właśnie dlatego, że to pozostaje jedynym uniwersalnym sygnałem dla tych, którzy mimo wszystko zdecydują się zareagować. Badacze projektu plandiy.com.ua opisują to zjawisko jako „odporność lękową”: ludzie w schronieniach dalej pracują, żartują i żyją dalej – i to, jak podkreślają, oznaka nie obojętności, lecz adaptacji. Dzieci, które słyszą syrenę od drugiego roku życia, w ogóle postrzegają ją jako część normalności.

Dla polskiego czytelnika to nie jest tylko ciekawostka o sąsiednim kraju. Polska – państwo na wschodniej flance NATO, które w ostatnim roku wielokrotnie miało już do czynienia z własnymi alarmami powietrznymi z powodu zestrzelonych dronów i szczątków na swoim terytorium. Ukraina jest jedynym krajem w Europie z czterema i pół rokiem nieprzerwanego doświadczenia tego, jak społeczeństwo fizycznie i psychicznie żyje pod stałym zagrożeniem z powietrza. Doświadczenie smutne, okupione wysoką ceną – ale właśnie dlatego stało się już przedmiotem zainteresowania zagranicznych specjalistów.

Namioty rozstawione w tunelu stacji metra w Kijowie, ludzie chroniący się podczas ostrzału

Zdjęcie: media społecznościowe / oprac. Nowiny Wschodnie


Norwegia jest jednym z najbardziej wymownych przykładów. Rząd tego kraju oficjalnie uznał możliwość konfliktu zbrojnego na własnym terytorium, uruchomił reżim „obrony totalnej” i planuje zwiększyć liczebność sił obrony cywilnej o 50 procent. Kierownictwo norweskiej obrony cywilnej wprost mówi, że przejmuje doświadczenie ukraińskich kolegów w zakresie ochrony przed dronami i uderzeniami rakietowymi, a samo wysłuchanie, jak Ukraińcy organizują schronienia podczas wojny, jest bezcenne. W Wielkiej Brytanii temat obrony cywilnej, przez dziesięciolecia uznawany za zamkniętą kartę czasów zimnej wojny, w tym roku ponownie znalazł się w centrum publicznej dyskusji specjalistów od gotowości kryzysowej – a wojna w Ukrainie za każdym razem wymieniana jest jako główny powód, dla którego trzeba o tym mówić na nowo.

Norwegia i Wielka Brytania zdążyły już zdecydować, że warto się tego uczyć zawczasu, a nie wtedy, gdy będzie już za późno. Pytanie, czy do tego samego gotowa jest Polska – państwo geograficznie i politycznie stojące jeszcze bliżej tej wojny – pozostaje otwarte.

Źródło: Nowiny Wschodnie / RBK-Ukraina / 44.ua / Głavcom / 24tv.ua / Wikipedia / Harris School (University of Chicago) / Ipsos / Frontiers in Psychiatry / TSN.ua / Sestry.eu / UA.News / plandiy.com.ua / Kyiv Post / ICPEM

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *