CZW. 08 PAŹ
KURS $3,91 €4,38

Anatomia krótkowzroczności. Polsko-czechosłowackie spory lekcją na dziś

Kiedy jesienią 1918 roku Polska i Czechosłowacja odzyskiwały niepodległość, geografia i układ sił w Europie Środkowej wskazywały na jedno: oba państwa powinny stać się najbliższymi, nierozłącznymi sojusznikami. Zamiast tego swoje stosunki rozpoczęliśmy od wojny o mały skrawek ziemi. Dwie dekady międzywojnia upłynęły pod znakiem niezrozumiałej rywalizacji, wzajemnego poczucia wyższości i tragicznych błędów dyplomatycznych. Finał tego sporu w latach 1938–1939 doprowadził do likwidacji czechosłowackiego bufora, ogromnego wydłużenia polskiej granicy z agresywnymi Niemcami i w konsekwencji – do militarnej katastrofy. Ta historyczna lekcja o geometrii frontu i cenie międzysąsiedzkich resentymentów niesie dzisiaj uderzająco aktualne ostrzeżenie. Dokładnie te same mechanizmy, które w 1939 roku zdruzgotały polski plan obrony po upadku Czechosłowacji, decydują dziś o strategicznym znaczeniu niepodległej Ukrainy. Przesunięcie granicy rosyjskiego zagrożenia na południowy wschód i ewentualny upadek Kijowa postawiłyby Polskę w analogicznej, śmiertelnej pułapce strategicznej, przed którą ostrzega nas własna historia.

1. Grzech założycielski: Od rywalizacji o Śląsk Cieszyński do braku zaufania (1918–1920)

Wesprzyj Nowiny Wschodnie
Pomóż nam rozwijać niezależne polsko-ukraińskie medium.
Wspólnie zebraliśmy
342 zł
Cel
5 000 zł
Każde wsparcie pomaga nam tworzyć rzetelne informacje i rozwijać portal.
Postaw kawę za:

„Trudne sąsiedztwo” to zdecydowanie za mało, by opisać to, co łączyło nasze kraje w okresie międzywojennym. Państwa, które wydawały się wręcz stworzone do tego, by zostać bliskimi sojusznikami zupełnie niezrozumiale dla swojego sojusznika, jakim była wtedy Francja, ostro rywalizowały ze sobą.

W tamtym czasie Czechosłowacja miała zupełnie inną wagę niż dzisiejsze Republika Czeska czy Słowacja. Po I wojnie światowej była jedną z najbogatszych i najnowocześniejszych gospodarek Europy. Z tego powodu politycy w Pradze patrzyli z góry na biedną, wyniszczoną zaborami i mocno rolniczą Polskę, uznając, że Warszawa jeszcze długo nie osiągnie ich poziomu. To tworzyło ogromną przestrzeń do wzajemnych uprzedzeń – od chłodnej rywalizacji, przez udawaną przyjaźń, aż po otwartą wrogość.

Komunizm i rosyjska okupacja wyniszczyły ten bogaty kraj. Z niegdyś bogatego zszedł do roli jednego z najbiedniejszych w Europie. Każdy, kto przekraczał granicę Czechosłowacji w latach komunizmu, pamięta wymuszanie łapówek, by przewieźć cokolwiek przez granicę. Kraj ten był wprawdzie bogatszy od Polski, ale mentalność rosyjskich urzędników zadomowiła się tam bardzo dobrze. A ziemie Czechosłowacji poddane rosyjskiemu wpływowi było krótko, ledwo kilkadziesiąt lat. A sama okupacja trwała tylko 21 lat.

Jako niepodległe byty wyłoniliśmy się z pożogi I wojny światowej niemal jednocześnie. Czechosłowacja i Polska jesienią 1918 roku ogłosiły niepodległość, gorączkowo starając się postawić słupy graniczne tam, gdzie wydawało im się, że sięgają ich historyczne lub etniczne prawa. I tu nastąpiło gwałtowne zderzenie. Kością niezgody stał się Śląsk Cieszyński – kluczowy dla Czechów m.in. ze względu na strategiczny węzeł kolejowy Bogumin–Żylina oraz zagłębie węglowe. W styczniu 1919 roku wojska czechosłowackie wykorzystały trudną sytuację Polski i ruszyły z ofensywą na spornym terytorium. Polska walczyła wtedy o Lwów z Ukraińcami, płonęła granica w Wielkopolsce, a na wschodzie narastało zagrożenie bolszewickie. Zebranie choćby niewielkich sił do obrony przed atakiem z południa było niezwykle trudne. W trakcie tej „małej wojny” doszło do zbrodni rozstrzelania przez żołnierzy czeskich polskich jeńców wojennych w Stonawie (gdzie do dziś znajdują się ich groby i pomnik). Polska, przygnieciona przewagą wrogów, musiała zdać się na werdykt mocarstw Ententy, które ostatecznie podzieliły Śląsk Cieszyński.

Niedługo potem Polska toczyła śmiertelną wojnę z Rosją Bolszewicką. Była to walka o przetrwanie państwa. Nie zaczęła się ona – jak uważa wielu – latem 1920 roku, ale już na początku 1919 roku, wraz z wycofywaniem się wojsk niemieckich z frontu wschodniego i natychmiastowym zajmowaniem tych terenów przez Armię Czerwoną. Podczas gdy Polacy krwawili w walce z bolszewikami, Czechosłowacja starała się utrudnić nam obronę. Pod pretekstem neutralności oraz pod naciskiem lewicowych związków zawodowych zablokowano transporty z bronią i amunicją dla polskiego wojska idące z Węgier i Francji. Praga prowadziła wówczas politykę silnie prorosyjską, co wynikało ze wspierania czechosłowackich dążeń niepodległościowych przez dawną Rosję Carską oraz z wiary w sojusz z Moskwą. Ostatecznie broń trafiła do Polski, ale ta sytuacja trwale położyła się cieniem na relacjach obu państw.

2. Dwudziestolecie wzajemnych uprzedzeń i tragiczny rok 1938

Przez całe dwudziestolecie międzywojenne czescy politycy uważali Polskę za państwo „sezonowe”, a Edvard Beneš sugerował wręcz mocarstwom, że polskie granice są nie do utrzymania, a Gdańsk powinien należeć do Niemiec. Po stronie polskiej wcale nie było lepiej. Próby porozumienia spełzały na niczym z powodu wzajemnej nieufności i czeskiego poczucia wyższości. Pamiętano nam nieudane XIX-wieczne powstania i galicyjską biedę; przyglądano się słabym wynikom gospodarczym oraz ogromnemu analfabetyzmowi. Wielonarodowość Rzeczypospolitej również nie zachęcała Pragi do sojuszu – uważano, że mniejszości narodowe rozsadzą polskie państwo od wewnątrz. Jednocześnie Czesi prowadzili zdecydowaną akcję czechizacji polskiej mniejszości na Zaolziu: sprowadzano czeskich nauczycieli, zamykano polskie szkoły i stowarzyszenia, a awans czy praca w państwowych zakładach lub urzędach były zastrzeżone dla tych, którzy ulegali czechizacji.

Wreszcie przyszedł tragiczny rok 1938. Po konferencji monachijskiej, na której mocarstwa zachodnie oddały Hitlerowi czeskie Sudety, Polska wysunęła wobec Czechosłowacji ultimatum żądające zwrotu Zaolzia. Naciskana z każdej strony Czechosłowacja uległa. Konsekwencje tego kroku okazały się fatalne i dalekosiężne. To właśnie ten akt dał naszym przeciwnikom pretekst do stawiania Polsce zarzutów o współudział w rozbiorze sąsiada u boku Hitlera. I nic nie dadzą dzisiaj zaklęcia, że my „tylko” realizowaliśmy swój „interes narodowy”. Rzeczywistość była bezwzględna: wraz z III Rzeszą i Węgrami wzięliśmy udział w drapieżnym demontażu Czechosłowacji. Jak krótkowzroczna była to polityka, wyszło na jaw już kilkanaście miesięcy później.

grupa czołgów jedzie przez miasto

Polskie czołgi zajmują Zaolzie. Źródło Wikipedia.

Skutki tamtej decyzji odczuwamy do dziś. W 2009 roku Władimir Putin – reprezentując Rosję podczas obchodów rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte – otwarcie wypominał Polsce epizod zaolziański. I robi to regularnie do teraz. Opowieść ta ciągnie się za nami od ponad 80 lat, wykorzystywana przez niechętnych Polsce polityków i publicystów do przedstawiania naszego kraju jako dawnego współpracownika Hitlera.

Dodatkowego, gorzkiego smaczku polityce polskiego rządu dodaje fakt, że tuż przed kryzysem monachijskim Czechosłowacja oferowała Polsce wsparcie gospodarcze oraz dostęp do swojego nowoczesnego przemysłu zbrojeniowego, należącego do ścisłej czołówki europejskiej. Mogło to realnie unowocześnić polską armię. Oferta ta nadeszła jednak zbyt późno – wtedy, gdy Praga miała już nóż na gardle i szukała ratunku za wszelką cenę.

Ani my, ani Czechosłowacja nie mieliśmy w międzywojniu mężów stanu zdolnych do sięgnięcia wzrokiem poza horyzont bieżących sporów. Tomáš Garrigue Masaryk zmarł w 1937 roku, przekazując władzę Edvardowi Benešowi – politykowi o skromnych horyzontach, niezdolnemu do samodzielnego stawienia czoła zbliżającej się katastrofie. Z polskiej strony sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Po śmierci Józefa Piłsudskiego w 1935 roku rządy objęła ekipa byłych legionistów. Choć nie można im było odmówić patriotyzmu, to – mówiąc eufemistycznie – wybitnymi strategami ani intelektualistami nie byli. Dodatkowo ciążyły na nich rządy autorytarne, co obniżało wiarygodność Polski w oczach demokratycznego Zachodu, do którego Czechosłowacja kulturowo i ustrojowo mocno aspirowała.

3. Geometria klęski: Wzrost zagrożenia i katastrofa września 1939

Tragicznym finałem tego ciągu błędów był ostateczny upadek Czechosłowacji wiosną 1939 roku. Zajęcie Czech przez Rzeszę oraz utworzenie marionetkowego Państwa Słowackiego (akuszerem był Hitler) spowodowało, że nasza wspólna granica z Niemcami i ich satelitami wydłużyła się o gigantyczny odcinek południowy. Sytuacja strategiczna Polski pogorszyła się w sposób katastrofalny.

Wydłużenie granicy z agresywnym państwem to nie są tylko abstrakcyjne cyfry na mapie. To konkretne dywizje, które muszą osłaniać każdy kilometr frontu. W warunkach kolosalnej przewagi materiałowej i technicznej Wehrmachtu miało to tragiczne następstwa. Polskie dowództwo nie miało ani czasu, ani środków na rozbudowę umocnień od strony Czech i Słowacji. W efekcie we wrześniu 1939 roku Niemcy (wraz z symbolicznie wspierającymi ich wojskami słowackimi) zyskali ogromną swobodę operacyjną, atakując z południa i błyskawicznie wychodząc na skrzydła oraz tyły polskich armii.

Niemcy wkraczają do Pragi. Marzec 1939. Źródło Wikimedia Commons

4. Lekcja z historii: Dlaczego długość granicy ma znaczenie dzisiaj?

Dziś w Polsce nie brak „geniuszy” twierdzących, że skoro i tak graniczymy z Rosją (poprzez obwód królewiecki), to ewentualna przegrana Ukrainy niczego w naszej sytuacji nie zmieni. O ile takim analitykom można postawić dostateczną ocenę z geografii, o tyle z historii, logiki i geometrii wojskowej należy się im ocena niedostateczna.

Warto im przypomnieć bolesną lekcję z 1939 roku, kiedy to zlikwidowanie bufora w postaci Czechosłowacji całkowicie rozbiło polski plan obrony. Z granicy zlikwidowanej Czechosłowacji niemieckim kolumnom pancernym było znacznie bliżej do Lwowa, Krakowa i na Przedmoście Rumuńskie niż z niemieckiego wówczas Opola czy Śląska. Każdy dodatkowy kilometr granicy do obrony wymaga określonej liczby żołnierzy, artylerii, czołgów, wozów bojowych, zestawów przeciwlotniczych, samolotów patrolujących przestrzeń powietrzną oraz atakujących zaplecze ( Wydłużają się linie zaopatrzeniowe, a punkty węzłowe stają się łatwiejszym celem). A „geniusze” stwierdzą, że przecież Polska i tak graniczyła z Niemcami…

Logika nakazuje zadać proste pytanie: czy łatwiej bronić się przed silniejszym przeciwnikiem na granicy krótszej, czy na wielokrotnie dłuższej? To elementarna matematyka. Jeśli mamy wąski korytarz, w którym obok siebie może stanąć trzech żołnierzy, to tych trzech jest w stanie długo odpierać atak nawet dziesięciu napastników, bo agresor nie ma jak wykorzystać swojej przewagi liczebnej. Sytuacja staje się dramatyczna wtedy, gdy przychodzi bronić kilka razy szerszego korytarza.

Gdy po upadku Czechosłowacji Niemcy napadły na Polskę, bezlitośnie wykorzystały atut geograficzny. 80-milionowe mocarstwo z nowoczesną, zmotoryzowaną armią zaatakowało kraj 35-milionowy, słabszy przemysłowo i gorzej uzbrojony. Wynik tej kampanii byłby tragiczny nawet bez dodatkowych ciosów, ale los Polski przypieczętowały dwa czynniki: zdradziecki atak Rosji Sowieckiej 17 września oraz bierność zachodnich sojuszników.

Zresztą zaraz po ataku Hitlera na Polskę radziecka agendowa dezinformacja na Zachodzie rozpoczęła akcję propagandową uderzająco podobną do tej, jaką dziś Moskwa prowadzi wobec Ukrainy. Suflowano opinii publicznej we Francji i Wielkiej Brytanii, że Polska „sama jest sobie winna”, wyciągając przedwojenne prześladowanie mniejszości narodowych oraz udział w rozbiorze Czechosłowacji. Miało to zdemobilizować zachodnie społeczeństwa. Skutek dla Polski był fatalny. We Francji popularność zdobyło wówczas hasło: „Dlaczego mamy umierać za Gdańsk?”. Choć trzeba przyznać, że tej demagogii uległa niewielka tylko część społeczeństwa, nie było to nawet 20%. Byli za to bardzo głośni.

Jakże bliźniaczo podobne jest to hasło do dzisiejszego frazesu: „To nie nasza wojna”. Tamto zrodziło się w umysłach zainfekowanych rosyjską i niemiecką propagandą – to drugie ma dokładnie ten sam rodowód i zmierza do tego samego celu.

Zakończenie

Historia rzadko powtarza się w sposób dosłowny, ale niezwykle precyzyjnie powiela te same reguły gry i psychologii politycznej. Klęska Polski w 1939 roku nie wynikała wyłącznie z przewagi technicznej Wehrmachtu, ale z wieloletniej ślepoty dyplomatycznej, która pozwoliła agresorowi na stopniową likwidację państwa buforowego i otoczenie Rzeczypospolitej z trzech stron.

Dzisiaj, stojąc wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę, nie wolno nam powtórzyć dawnych błędów. Ignorowanie faktu, że upadek niepodległej Ukrainy oznacza bezpośrednie wydłużenie frontu potencjalnego konfliktu z Rosją o kolejne setki kilometrów (dojdzie już całkowita likwidacja niezależności Białorusi) jest nie tylko ignorancją historyczną, ale zbrodnią na polskiej racji stanu. Jeśli nie wyciągniemy wniosków z tragicznego losu Czechosłowacji i Polski z lat 1938–1939, po raz kolejny zostaniemy zmuszeni do odrabiania lekcji z geometrii wojskowej na własnym terytorium. A na to polskie państwo po prostu nie może sobie pozwolić.

Dyskusja

Co sądzisz o tym materiale?

0 Komentarze

Dołącz do rozmowy. Komentarze powinny odnosić się do tematu artykułu.

Nie ma jeszcze komentarzy. Możesz rozpocząć dyskusję.

Napisz komentarz

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *