Grzegorz Majewski

Złoto i wódka. Jak Polacy i Ukraińcy budowali wolny rynek

Źródło: livejournal (red.)

Patrzę na niektórych moich młodszych rodaków, ciężko mi uwierzyć, jak szybko można stać się podłym i mściwym. Jeszcze niedawno, a z mojej perspektywy sześciu dekad jest to niedawno, byliśmy bardzo biedni. Prawie najbiedniejsi wśród krajów okupowanych przez Rosję. Biedniejsza była chyba tylko Rumunia. Dobry zarobek w Polsce wynosił 25 dolarów, uwzględniając nawet inflację, to będzie co najwyżej tych dolarów amerykańskich 50. Jakże pewni siebie są ci młodzi, patrzą z góry na każdego biedniejszego. Nie przyjmują do wiadomości jak ratowaliśmy się przed głodem, jak ratowaliśmy się przed skrajną biedą. Ten ratunek Polakom dawała nie tylko ucieczka z komunistycznej Polski, a wyjechało wg ostrożnych szacunków ponad 1,5 mln polskich obywateli. Podejmowano próby zarobienia pieniędzy, kupna niezbędnych do życia towarów dzięki wyjazdom na handel. I o tym będzie ten artykuł.

Kiedy mydło i margaryna były luksusem: Krajobraz po przegranym wyścigu

Było jasne i widoczne, że Polska lat sześćdziesiątych przegrała z kretesem gospodarczy wyścig z zachodnimi państwami. Z blokiem NATO oraz formującą się właśnie wspólnotą, jaka zostanie nazwana za kilkadziesiąt lat Unią Europejską. Bieda, brak mieszkań, brak podstawowych towarów takich jak pralki, telewizory czy lodówki nie był jeszcze najgorszy. Gorzej, że brakowało mydła, proszku do prania, mięsa czy nabiału w większym asortymencie. Jeśli już coś było to podłej jakości, szybko się psuło, a żeby to zdobyć, należało czekać czasem wiele dni w kolejce. Do dziś z tego okresu została mi alergia na kolejki. Wolę nie kupić, niż w niej stać. Niestety państwo było szczelne i tylko nieliczni mieli prawo i możliwość wyjazdu za granicę. Nieco zmieniło się w latach siedemdziesiątych. Na fali „nowoczesności” uchylono nieco drzwi na zachód, a wschodnie otworzyły się dużo szerzej.

Źródło: livejournal (red.)

Paszportowy boom, czyli „turystyka” pod nadzorem Moskwy

reklama
Urosept reklama

Dzięki temu najpierw dziesiątki tysięcy naszych rodaków, a potem setki tysięcy ruszyły na wycieczki, które miały za cel zdobycie nieobecnych w kraju dóbr. Celem podróży na zachód były najczęściej Niemcy Zachodnie, Francja i Wielka Brytania. Do USA jeżdżono głównie do pracy, tu odległość, konieczność podróży samolotem nie pozwalała na ogromny bagaż handlarza. Jednak ze względu na ułatwienia w zdobyciu paszportu na kraje bloku wschodniego, prawdziwy boom „turystyczny” dotyczył krajów okupowanych przez Rosję.

Źródło: livejournal (red.)

Wyjazdy podejmowano w różny sposób. Były to wycieczki zorganizowane przez biuro podróży, a także wyjazdy indywidualne samochodami lub pociągami. Najczęściej jeżdżono do sąsiadów – NRD, Czechosłowacji, Węgier i Związku Radzieckiego. Dalsze wycieczki obejmowały Rumunię i Bułgarię. Rzadziej jeżdżono do Jugosławii, choć też było sporo ludzi jeżdżących tam na handel. Z krajów Związku Radzieckiego najczęściej wybierano Ukrainę, ponieważ była najbliżej i można było podróże tłumaczyć sentymentem. Jak wyglądały autobusy jadące na taką wyprawę?

Woń dżinsów „Odra” i dreszcz na granicy w Medyce

„Wycieczka z zakładu pracy do Kijowa i Lwowa w 1984 roku. Oficjalnie: zwiedzanie Ławry Peczerskiej i pomnika Matki Ojczyzny. Nieoficjalnie: każdy miał walizkę wypchaną po brzegi. Ja brałem dziesięć par polskich dżinsów ‘Odra’, dwadzieścia sztuk perfum ‘Pani Walewska’ i całą masę kolorowych cieni do powiek, takich tanich, perłowych.

Pamiętam ten dreszcz na granicy w Medyce. Celnik radziecki, srogi, w czapce jak talerz, zagląda do walizki. Trzeba było mieć przygotowaną ‘ofiarę’ – paczkę zachodnich papierosów albo kolorowy magazyn. Jak przeszedłeś, zaczynał się handel. Najpierw w pociągu, potem w hotelu. W hotelu ‘Intourist’ we Lwowie nie trzeba było nawet wychodzić na miasto. Wystarczyło uchylić drzwi od pokoju. Ukraińcy wiedzieli. Przychodzili wieczorami, szeptali na korytarzu.

Za dżinsy dostawałem tyle rubli, że mogłem tam żyć jak król przez tydzień. Ale rubli nie brało się do Polski, bo to był papier. Kupowaliśmy złoto – takie czerwone, radzieckie pierścionki, ‘Zenity’ (aparaty) i lornetki. Najgorszy był powrót. Ukrywanie tego złota to była sztuka. Moja żona miała specjalnie uszyty pas pod biustonoszem. Kiedy pociąg stawał na granicy, serce waliło tak, że myślałem, że celnik usłyszy to przez koszulę. Ale jak się udało, to za jeden taki wyjazd można było żyć w Polsce przez trzy miesiące bez dotykania pensji”.

Jaki Bandera? Jaka UPA? Przy wódce i handlu nikt wtedy o historii nie mówił

Towary pachnące „zachodem” łatwo sprzedawało się w Związku Radzieckim. Co ciekawe w Ukrainie wytworzył się specyficzny język polsko-ukraiński, który pozwalał szybko i bez problemów dogadać się w sprawie potrzeb. Wiele rzeczy obejmował zakaz zakupu przez cudzoziemców. Tu z pomocą przychodzili Ukraińcy. Sami kupowali i odsprzedawali Polakom. Po skończonym handlu często oddawano się licznym imprezom mającym „podnieść” znajomość na wyższy stopień. W tamtym czasie także w Polsce pito dużo alkoholu, nie odbiegano zbytnio od standardów Związku Radzieckiego. Wspólne spędzanie czasu przy alkoholu cementowało zawiązane znajomości, a co ciekawe, nikt nie rozmawiał o historii. Jaki Bandera? Jaka UPA. Ważniejsze, że Ukrainiec zdobył upragnione złoto, jakie można było wywieźć do Polski. Takie wycieczki to był wyjazd życia.

Z tamtych czasów, choć nie miałem okazji jeździć, to mam sporo wspomnień z opowieści znajomych, którzy bywali na takich wyjazdach. Dominował handel i zarobek. Zwiedzanie, jeśli był czas i tylko po sprzedaniu i kupieniu wszystkiego co zaplanowano. W latach osiemdziesiątych pamiętam jak koledzy kombinowali, by założyć odział Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Po co im to było? Takie towarzystwo pozwalało na zorganizowanie wycieczki, było pretekstem do wyjazdu, otrzymania paszportu (paszportów nie miało się w domu, rządziła tym faktycznie Służba Bezpieczeństwa – tajna policja polityczna). Stąd w wielu miejscach powstawały takie towarzystwa, które jeśli były wyrazem miłości do czegokolwiek, to nie do Kraju Rad, a do ich złota lub telewizorów Rubin. Tak, przemycano też telewizory. Oczywiście robiono to przy pomocy łapówek. Należało zapłacić radzieckiemu strażnikowi, celnikowi. Potem polskiemu, by nie dał za dużego cła. Tak, towary objęte deficytem w Polsce w tamtym czasie obkładano cłem (!!!).

Dworzec lwowski. To tu zaczynał się polski handel w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Autor zdjęcia Alex Zelenko. Źrodło Link

Rok 1989 i era „mrówek”: Wielki najazd Polaków na Lwów

Kiedy minął rok 1989 i Polacy nagle otrzymali wspomniane paszporty do domu, to można już mówić o prawdziwej inwazji na Ukrainę. Jeżdżono wszystkim co miało koła. Pakowano to do niemożliwych granic. Rozpoczęła się era „mrówek”. W obie strony. Ukraińcy jeździli do Polski, ale i Polacy do Ukrainy. Najwięcej Polaków jeździło do Lwowa, a wspomnienia z tego czasu są bardzo ciekawe.

„To nie był pociąg, to był stan umysłu. Relacja Przemyśl–Lwów, odległość niewielka, ale jechało się czasem dziesięć godzin. (…) Jak celnik wchodził, wszyscy nagle robili się bardzo religijni albo bardzo chorzy, żeby tylko nie musieli wstawać. Smród w pociągu był nie do opisania: mieszanka taniego tytoniu, rozlanego alkoholu i potu.

We Lwowie wysiadaliśmy na dworcu i od razu ‘ataki’. Handlarze podchodzili: ‘Szto u was? Kostiumy? Majonez?’. Sprzedawało się wszystko na schodach dworca albo na Krakowskim Rynku. Pamiętam, jak hitem był polski majonez i ketchup ‘Włocławek’. Ukraińcy brali to kartonami. Za zarobione pieniądze kupowało się paliwo do kanistrów (wtedy było tam śmiesznie tanie) i wracało do Polski, żeby następnego dnia zrobić to samo. To była ciężka, brudna robota, ale dzięki temu w latach 90. ludzie pokończyli domy i pokupowali pierwsze zachodnie samochody”.

Odeska ruletka, błoto „7. kilometra” i strach przed reketem

Niektórzy jeździli do legendarnej Odesy, po rosyjsku nazywanej Odessą. Była to dużo większa wyprawa, ale i zyski większe. Można było drożej sprzedawać to, co we Lwowie było dużo tańsze z powodu ilości handlujących Polaków. Wyprawa do Odesy była trudniejsza, toteż organizowano ją autokarami, które musiały opłacać się napotkanym gangom, występujących w latach dziewięćdziesiątych w ogromnej ilości w poradzieckich krajach. Reketier – to słowo budziło w „turystach” strach i nienawiść. Nawet większą niż do celników.

„Jeździliśmy wynajętym Ikarusem z Rzeszowa. Zamiast siedzeń z tyłu były dechy, żeby więcej towaru weszło. Odesa to był inny świat. ‘Siomyj Kilometr’ (Ринок «Сьомий кілометр ) to było morze błota i kontenerów. Jak tam wchodziłeś o czwartej rano, to widziałeś tysiące ludzi z latarkami na czołach. Wyglądaliśmy jak górnicy szukający złota.

Pieniądze? Tylko dolary. Noszone w ‘pasach szahida’ pod ubraniem. Nigdy nie szedłeś sam, zawsze w dwóch, trzech chłopów. Najgorsza była droga powrotna. Na Ukrainie w tamtych latach grasowali tzw. ‘reketerzy’. Zatrzymywali autobusy na trasie, czasem przebrani za milicję, czasem po prostu w dresach z bejsbolami. Kierowca miał zawsze przygotowaną kopertę z ‘podatkiem drogowym’. Jak nie zapłaciłeś, mogli wybić szyby albo spalić towar.

Z Odesy brało się głównie kurtki skórzane i ‘chińszczyznę’, która tam przypływała statkami. Kupowało się za dolary, sprzedawało w Polsce na bazarze w Tuszynie albo na Stadionie Dziesięciolecia. Przebitka była ogromna, ale ryzyko jeszcze większe. Pamiętam kolegę, któremu pod Odesą ‘ukradli’ całą ciężarówkę butów. Został w samych majtkach na drodze. Taki to był biznes”.

Bazar w Odesie. Widoczne z prawej strony kontenery, z lewej stoją samochody

Słynny rynek w Odesie. Autor zdjęcia UNOMANO. Źródło Link

Zapach lepszego świata rozkładany na łóżkach polowych

A jak reagowali na tych „turystów” Ukraińcy? Z ogromną życzliwością. W końcu przywozili to, co im było potrzebne, czego brakowało w gospodarce właśnie przekształcającej się z gospodarki centralnie planowanej w gospodarkę socjalistyczną. Dominowało jedno. Wspomnienie, kto ile krzywd zaznał od Rosji. Tu licytacja szła mocno, Polacy dowiadywali się o Wielkim Głodzie w Ukrainie (Hołodomor), a Ukraińcy o Katyniu. Była to przerażająca lekcja wzajemnej historii.

Pewna kobieta tak wspominała zakupy u Polaków:

„Koniecznie na przełomie lat 80. i 90. przyjeżdżali Polacy, całe osiedle o tym wiedziało. Rozkładali łóżka polowe i handlowali prosto z nich. Przynosili zapach lepszego świata: mydła Fa, gumy Turbo, kolorowe swetry w romby. Kupowaliśmy u nich polski majonez, bo nasz lokalny był wtedy nie do zdobycia. Nazywaliśmy ich ‘biznesmenami’”.

W du…ie byli, gów..o widzieli” – gorzka pointa dla młodego pokolenia

Ta epoka eksplozji zaradności mogącej zawstydzić profesjonalistów od handlu w Polsce i Związku Radzieckim, trwała ponad dwadzieścia lat. Od kiedy stosunki gospodarcze zaczęły się normalizować, prywatny handel podupadał, aż stał się nieopłacalny. Z tamtych czasów wielu Polaków i Ukraińców nawiązało przyjaźnie. Odwiedzali się nawet w późniejszych latach, już bez nieodłącznych kilogramów swetrów, dżinsów itp.

Po wielu latach Polska stała się w miarę zamożnym krajem, a młodzi kompletnie nie rozumieją z jakimi upokorzeniami, trudami i zapobiegliwością Polacy starali się przeżyć w biedzie za 20 dolarów miesięcznie (średnia pensja w PRL). Im się udało, my którzy tego doświadczaliśmy jesteśmy już na emeryturach lub tuż przed nimi. I wiemy ile kosztowało nas odzyskanie wolności, ile łez i tragedii kosztowało zbudowanie względnego dobrobytu. Kiedy patrzę na zaciekłe z nienawiści twarze nie jestem w stanie nie pomyśleć o tym, że w du…ie byli, gów..o widzieli.

Źródła: Nowiny Wschodnie / polska i ukraińska prasa z tamtego okresu, „Biała Gorączka” Jacka Hugo-Badera, reportaże filmowe, a także własne wspomnienia z rozmów z ludźmi w tamtym okresie.

W przypadku wykorzystania materiału prosimy o podanie źródła: Nowiny Wschodnie oraz aktywnego linku do publikacji.

5 1 vote
Ocena artykułu
Subscribe
Notify of
guest
0 Komentarze
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x