Tekst autorstwa Graszki Graszkowskiej.
Od Redakcji: To piękna opowieść o historii ziem odzyskanych i pogranicza – o utracie, o tęsknocie za porzuconymi domami. Na warmińsko-mazurskich wsiach i w miasteczkach takich jak Górowo Iławeckie, losy Polaków z Kresów oraz Ukraińców i Łemków wysiedlonych w Akcji „Wisła” stopiły się w jedno. Choć dzielił ich język i wyznanie, połączyła wspólnota w krzywdzie – wszyscy zostali brutalnie wyrwani z korzeni. Tym bardziej bolesny i niezrozumiały staje się dzisiejszy wzrost szowinizmu i nacjonalizmu. Na ziemi, która zrodziła się z uchodźczego dramatu, nienawiść do sąsiada o innym nazwisku brzmi jak ponury paradoks. Zapominając o wspólnej ranie, odzieramy to miejsce z jego najcenniejszej lekcji: pokory wobec zmiennych wyroków historii. Tekst został znaleziony na Facebooku, gdzie autorka prowadzi swojego bloga. Uznaliśmy go za tak wartościowy, że nie można było go zwyczajnie przewinąć szukając dalej wartościowych treści. Skontaktowaliśmy się uzyskując pozwolenie na publikację.
5 000 zł
Tym, co skłoniło autorkę do przemyśleń było chwilowe zdjęcie polskiej flagi z górowskiego ratusza. Zdarzenie banalne, wręcz techniczne. Flaga znikła wskutek uszkodzenia przez wiatr. Nie było zapasowej flagi we właściwym rozmiarze, trzeba było kilka dni poczekać. Oczywiście Górowo Iławieckie to nie metropolia, gdzie sklepy z flagami znajdują się na każdej ulicy. Nie sądzę by dla mieszkańca Górowa było to niezrozumiałe. Wiedział, a jednak pozwolił sobie na zrobienie z tego afery. I afera wybuchła, prowokując autorkę do przemyśleń o tym, czyja jest ta ziemia, na której osiedlili się wypędzeni Polacy z Kresów, wypędzeni ze swojej ziemi Ukraińcy i Łemkowie. Na miejscu pozostali także autochtoni, dzieląc z przesiedleńcami trudną rzeczywistość życia w komunistycznej Polsce. Teraz jednak najważniejsze – tekst autorki.
Tytuł oryginalny: „Nie jestem z Górowa, czyli historia pewnego zdjęcia”.
Poniższy tekst jest głosem w dyskusji o pamięci i tożsamości
• Szacowany czas czytania: 11 minut
Dom na ziemi nieznanej
Nie jestem z Górowa Iławeckiego. Od ponad dziesięciu lat mieszkam na wsi położonej kilka kilometrów od miasta i kiedy dzisiaj wracam myślami do chwili, w której razem z Wojtkiem podjęliśmy decyzję o przeprowadzce, dochodzę do wniosku, że historia tego miejsca nie miała dla mnie wtedy większego znaczenia. Nie zastanawiałam się, kto mieszkał tutaj przed wojną, nie analizowałam map ani dawnych granic. Liczyło się tylko jedno – nasze wspólne marzenie o domu na wsi, z dala od miejskiego pośpiechu i hałasu. Chcieliśmy żyć spokojniej, bliżej natury i bliżej siebie. To był jedyny plan, jaki wtedy mieliśmy.

Zapewne gdyby nie Wojtek, wiele rzeczy nigdy nie zwróciłoby mojej uwagi. Jest pasjonatem historii i z ogromnym zaangażowaniem od lat odkrywa dzieje tych okolic. To on pokazywał mi stare fotografie, opowiadał o dawnym Landsbergu, o mieszkańcach Prus Wschodnich i o ludziach, których życie w jednej chwili rozsypało się wraz z końcem wojny. Słuchałam go z zainteresowaniem, ale dopiero po kilku latach zaczęłam rozumieć, że nie zamieszkaliśmy w zwyczajnym miejscu.
Przed wojną było to niemieckie miasto Landsberg. Kiedy w 1945 roku zakończyła się wojna, dla jednych był to koniec koszmaru, dla innych początek kolejnego dramatu. Mieszkańcy uciekali przed frontem, wielu zginęło podczas tej ucieczki, inni zostali wysiedleni, a świat, który znali od pokoleń, po prostu przestał istnieć. Później zaczęli przyjeżdżać nowi mieszkańcy – z centralnej Polski, z dawnych Kresów, wracający z robót przymusowych, a od 1947 roku również rodziny ukraińskie i łemkowskie przesiedlone w ramach Akcji „Wisła”. Każdy przywoził tutaj własną historię, własną stratę i własną nadzieję, że właśnie tutaj uda się zbudować miejsce, które z czasem będzie można nazwać domem.

Ratusz w Górowie Iławieckim. Źródło: Wielki Wu.
Żywe kroniki, niespisane mapy
Po zakończeniu remontu naszego domu przyszedł taki moment, kiedy bardziej od historii zapisanej w książkach zaczęli interesować mnie ludzie. Dom był już gotowy, ogród powoli nabierał kształtu, a ja miałam poczucie, że jeśli naprawdę chcę zrozumieć miejsce, które wybrałam na swoje życie, powinnam przede wszystkim usiąść z tymi, którzy noszą jego historię we własnej pamięci.
Tak trafiłam do Stowarzyszenia Jesteśmy Razem Barka, gdzie spotykałam się z kobietami, które doświadczyły Akcji „Wisła”. Do dzisiaj pamiętam tamte rozmowy. Nie były to wykłady historyczne, ale opowieści o życiu, które z dnia na dzień zostało wywrócone do góry nogami. O zostawionych domach, sadach, cerkwiach, sąsiadach i o podróży w nieznane. Wracałam z tych spotkań z poczuciem, że historia wygląda zupełnie inaczej, kiedy przestaje być zapisem w książce, a staje się czyimś wspomnieniem.
Niedługo później, dzięki burmistrzowi naszego miasta, miałam możliwość spotkać się również z autochtonkami. Powstał wtedy wpis na moim blogu i dzisiaj bardzo żałuję, że nie prowadziłam jeszcze kanału na YouTubie. Zostały mi jedynie notatki, a przecież tamte kobiety opowiadały rzeczy, których nikt już nie będzie mógł opowiedzieć z własnego doświadczenia.
Jedna z nich szczególnie zapadła mi w pamięć. Opowiadała, że kiedy po wojnie zabrakło koni, kobiety zaprzęgano do pługa. Mówiła również o tym, jak źle była traktowana przez część nowych osadników tylko dlatego, że była Niemką. Nie pamiętam już wszystkich szczegółów tej rozmowy, ale pamiętam jej twarz i emocje, z jakimi wracała do tamtych wydarzeń. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że wojna nie kończy się w dniu podpisania pokoju. Ona trwa jeszcze bardzo długo w pamięci ludzi.
Kilka lat później miałam okazję uczestniczyć w kolejnym projekcie. Tym razem spotykałam się z małżeństwami polsko-ukraińskimi. Rozmawialiśmy o codziennym życiu, o świętach, o wychowywaniu dzieci i o tym, jak pod jednym dachem spotykają się dwie tradycje. To były niezwykle spokojne rozmowy, pozbawione wielkich słów i politycznych sporów. Wychodziłam z nich z przekonaniem, że ludzie znacznie częściej szukają tego, co ich łączy, niż tego, co ich dzieli.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy myślę, że właśnie wtedy zbudowałam sobie obraz tego miejsca. Nie przez daty i podręczniki, ale przez ludzi, których miałam szczęście spotkać. To oni nauczyli mnie patrzeć na historię nie jak na spór o racje, lecz jak na zbiór ludzkich losów, w których było więcej cierpienia niż zwycięzców. Wydawało mi się wtedy, że mimo całej tej trudnej historii udało im się znaleźć coś niezwykle cennego – umiejętność życia obok siebie, bez ciągłego rozdrapywania dawnych ran.

Górowo Iławieckie. Źródło: Wielki Wu
Rachunek za ciszę
Z czasem coraz bardziej wycofywałam się z życia miasta. Nie była to decyzja podjęta z dnia na dzień. Raczej proces, który dojrzewał we mnie długo. Kiedyś zrobiłam wobec siebie bardzo uczciwy rachunek sumienia i zrozumiałam, że przecież nie po to przyjechałam tutaj z Wojtkiem. Nie przyjechałam na wieś po to, żeby zostać społeczniczką, angażować się w kolejne inicjatywy i przeżywać każdy lokalny spór. Przyjechałam po ciszę. Po ogród. Po życie zgodne z rytmem pór roku. Po miejsce, w którym wreszcie będę mogła zwolnić. Właśnie wtedy zaczął się mój własny proces zmiany. Zamiast próbować zmieniać świat wokół siebie, zaczęłam bardziej dbać o własny spokój.
Dwieście uderzeń nienawiści
Kilka dni temu, przeglądając media społecznościowe, natrafiłam na zdjęcie górowskiego ratusza i nie przypuszczałam, że to właśnie ono sprawi, iż wrócę pamięcią do wszystkich ludzi, których spotkałam tutaj przez ostatnie dziesięć lat Na pierwszy rzut oka nie było w nim nic niezwykłego. Budynek urzędu, maszty z flagami i pytanie zadane przez jednego z mieszkańców: „Czy Górowo Iławeckie to jeszcze Polska?” Dopiero po chwili zorientowałam się, że na maszcie rzeczywiście nie ma biało-czerwonej flagi. Jak później wyjaśniła jedna z radnych, została uszkodzona przez wiatr i zdjęta, aby ją wymienić. Pomyślałam wtedy, że to zwyczajna sytuacja, która może zdarzyć się w każdym mieście.
Zaczęłam czytać komentarze. Najpierw z ciekawości, później z coraz większym niedowierzaniem. Było ich ponad dwieście i z każdym kolejnym miałam wrażenie, że coraz mniej rozmawiamy o fladze, a coraz bardziej o tym, kogo można uznać za „swojego”, a kogo należy z tego miejsca wykluczyć. Przeczytałam między innymi, że Górowo Iławeckie jest „banderowskim miastem”, że osoby mające ukraińskie korzenie nie powinny zajmować żadnych stanowisk, że „Polska jest dla Polaków”, że „Ukraińcy powinni wracać do siebie”, a nawet zapowiedzi, że ktoś „przyjedzie zrobić porządek”. W pewnym momencie przestałam już liczyć kolejne wpisy. Coraz bardziej uderzało mnie coś innego. Łatwość, z jaką ludzie zaczęli wydawać wyroki na całe społeczności, oceniać innych przez pryzmat nazwiska, pochodzenia czy historii ich rodzin.
Siedziałam przed monitorem i nagle zaczęły wracać do mnie wszystkie rozmowy sprzed lat. Przypomniała mi się starsza Niemka, z którą rozmawiałam dzięki spotkaniu zorganizowanemu przez burmistrza. Widziałam ją, kiedy opowiadała o pierwszych powojennych latach, o ciężkiej pracy, o tym, że kobiety zaprzęgano do pługa, kiedy zabrakło koni, i o upokorzeniach, których doświadczała tylko dlatego, że była Niemką. Przypomniały mi się kobiety poznane w Barce, które opowiadały o przymusowym opuszczaniu swoich domów podczas Akcji „Wisła”, o podróży w nieznane i o tęsknocie za miejscami, do których już nigdy nie mogły wrócić. Wróciły do mnie również małżeństwa polsko-ukraińskie, z którymi rozmawiałam o wspólnym życiu, o świętach, o dzieciach i o tym, jak każdego dnia buduje się rodzinę złożoną z dwóch tradycji.I wtedy poczułam ogromny dysonans.
Od tamtych spotkań nie minęło przecież trzydzieści czy czterdzieści lat. To było zaledwie kilka lat temu. Co więc wydarzyło się przez ten czas? Co sprawiło, że zamiast ludzi zaczęliśmy widzieć wyłącznie ich narodowość, pochodzenie albo historię ich dziadków?
Jeszcze bardziej poruszyło mnie to dlatego, że kilka lat wcześniej pod jednym z wpisów Wojtka ktoś napisał: „Nie jesteście stąd. Wracajcie skąd przyszliście.”. Wtedy również długo myślałam nad tymi słowami, bo przecież mieszkamy na ziemi, której historia od zakończenia wojny jest historią ludzi przychodzących z różnych stron. Jedni zostawili swoje domy na Kresach, inni przyjechali z centralnej Polski, inni zostali tutaj przesiedleni w ramach Akcji „Wisła”, a dawni mieszkańcy w ogromnej większości musieli odejść. W takim miejscu powiedzieć komuś „wracaj skąd przyszedłeś” brzmi jak gorzki paradoks.

Górowo Iławieckie. Źródło: Wielki Wu.
Tamtego wieczoru zamknęłam komputer, ale nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Uświadomiłam sobie, że to nie zdjęcie ratusza tak mnie poruszyło. Nie brak jednej flagi. Nawet nie same komentarze. Najbardziej zabolało mnie to, że miejsce, które przez ostatnie lata poznawałam poprzez historie konkretnych ludzi, nagle zostało sprowadzone do prostego podziału na „naszych” i „obcych”, jakby wszystkie te opowieści, których miałam szczęście wysłuchać, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Od tamtego wieczoru bardzo często wracam myślami do jednego pytania. Jak to się dzieje, że w miejscu, którego historia jest historią ludzi zmuszonych do opuszczenia swoich domów, tak łatwo przychodzi nam mówić drugiemu człowiekowi: „Wracaj skąd przyszedłeś.”
Czasami zazdroszczę Wojtkowi. Kiedy rozmawia z ludźmi, z ogromną naturalnością mówi: „Jestem z Górowa.” W tych słowach jest pewność, której ja chyba nigdy nie będę miała. Mieszkam tutaj od ponad dziesięciu lat, tutaj stworzyliśmy nasz dom, tutaj posadziliśmy drzewa, które z każdym rokiem stają się coraz większe, tutaj nauczyłam się żyć wolniej i cieszyć zwyczajnością, a jednak kiedy ktoś zapyta mnie, skąd jestem, bez chwili zastanowienia odpowiem: „Z Gdańska.”

Górowo Iławieckie. Źródło: Wielki Wu.
Krajobrazy z dzieciństwa
I dopiero teraz zaczynam rozumieć moją mamę. Miała dziewiętnaście lat, kiedy pojechała za moim tatą do Gdańska. Tam przeżyła niemal całe swoje dorosłe życie, tam pracowała, wychowała dzieci i stworzyła dom. A jednak nigdy nie mówiła o sobie, że jest z Gdańska. Jej korzenie były w Sierpcu i to tam najczęściej wracała pamięcią. Przez wiele lat wydawało mi się to dziwne. Dzisiaj wiem, że człowiek może przeżyć większość życia w jednym miejscu, a mimo to nosić w sobie krajobrazy swojego dzieciństwa.
Być może właśnie dlatego tak trudno było mi czytać komentarze pod zdjęciem ratusza. Nie dlatego, że ktoś miał inne poglądy ode mnie. Demokracja polega przecież na tym, że możemy się różnić. Zabolało mnie coś znacznie głębszego. Po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że zapomnieliśmy, jaka naprawdę jest historia tych ziem. Zapomnieliśmy, że niemal każda rodzina mieszkająca tutaj ma za sobą jakąś drogę. Dla jednych zaczynała się ona w dawnych Prusach Wschodnich, dla innych na Kresach, dla jeszcze innych w Bieszczadach czy w centralnej Polsce. Jedni uciekali przed wojną, inni zostali wysiedleni, jeszcze inni przyjechali tutaj, bo historia nie zostawiła im innego wyboru. Łączyło ich jedno – wszyscy musieli nauczyć się żyć od nowa.
Kiedy dzisiaj wracam pamięcią do kobiet poznanych w Barce, do autochtonek, z którymi rozmawiałam przed laty, do małżeństw polsko-ukraińskich, coraz częściej dochodzę do wniosku, że one wszystkie opowiadały mi tak naprawdę tę samą historię. Nie historię Niemców, Ukraińców, Łemków czy Polaków. Opowiadały historię ludzi, którzy chcieli po prostu żyć, wychowywać dzieci, pracować, czuć się u siebie i mieć miejsce, które będą mogli nazwać domem.
Może właśnie dlatego nie potrafię patrzeć na zdjęcie górowskiego ratusza wyłącznie przez pryzmat brakującej flagi. Dla mnie znacznie ważniejsze od tego jednego zdjęcia stało się to, co wydarzyło się pod nim. Nie dlatego, że przeczytałam ponad dwieście komentarzy. Internet pełen jest podobnych dyskusji. Zabolało mnie coś innego. Zabolało mnie, że w miejscu, którego historia mogłaby uczyć nas pokory wobec ludzkiego losu, tak łatwo zaczęliśmy wydawać wyroki na ludzi tylko dlatego, że mają takie, a nie inne nazwisko, wyznanie albo rodzinne korzenie.
Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się mówić o sobie: „Jestem stąd”. Być może już zawsze będę odpowiadała, że jestem z Gdańska. Wiem jednak jedno. Przez te ponad dziesięć lat życie tutaj nauczyło mnie czegoś, czego nie znalazłabym w żadnej książce historycznej. Nauczyło mnie, że zanim oceni się człowieka, warto najpierw poznać jego historię. Bo bardzo często okazuje się, że za jednym nazwiskiem kryje się opowieść o utraconym domu, za innym o przymusowym wyjeździe, a za jeszcze innym o próbie rozpoczęcia wszystkiego od nowa.

Działacz opozycji antykomunistycznej w latach osiemdziesiątych XX wieku. Brał udział w podziemnej działalności wydawniczej – drukował i kolportował ulotki oraz uczestniczył w demonstracjach. W latach 1985–1986 był współorganizatorem audycji podziemnego Radia „Solidarność”. Od 1986 roku związany z Ruchem „Wolność i Pokój”. Za działalność opozycyjną był wielokrotnie represjonowany – karany grzywnami i aresztem.
Po 1989 roku pracował w sektorze prywatnym. Zajmuje się badawczo historią polskiej i czechosłowackiej opozycji antykomunistycznej. Jest współautorem książki oraz licznych artykułów naukowych i publicystycznych. Publikuje teksty o tematyce historycznej, społecznej i międzynarodowej, w tym dotyczące Ukrainy, m.in. na portalach LCA.pl oraz Fundacji „Wolność i Pokój”. Od 2014 roku aktywnie działa jako wolontariusz, wspierając Ukrainę oraz inicjatywy pomocowe.
Za działalność na rzecz wolności i niepodległości Polski został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności (2016), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2022) oraz Medalem Pro Patria (2025)