W cieniu ukraińskiej tragedii
Porównanie, które boli: stan wojenny a prawdziwa wojna
Wprowadzenie, zestawienie skali współczesnej wojny w Ukrainie i uchodźców wojennych z sytuacją w PRL lat 80. Zarysowanie głównego pytania o autentyczność polskiej walki z komunizmem.
5 000 zł
Artykuł jest komentarzem publicystycznym autora opartym na jego osobistych doświadczeniach i obserwacjach. Przytoczone dane pochodzą z ogólnodostępnych opracowań historycznych oraz szacunków autora.
• Szacowany czas czytania: 10–12 minut

To było tak niedawno. Minęło raptem kilkadziesiąt lat. Patrząc na to, co dzieje się wokół uchodźców z Ukrainy sięgnąłem pamięcią do półtora miliona Polaków, którzy uciekli z PRL na Zachód. Nie toczyła się żadna wojna. Był stan wojenny, kilkanaście tysięcy ludzi w więzieniu. A zamordowano „tylko” około 100 osób. Jak mój znajomy policzył, komuniści mordowali średnio jedną osobę w miesiącu. Jeśli spojrzeć na to, co się dzieje w Ukrainie, to nic. Tam samych cywilów ginie więcej dziennie, niż w latach osiemdziesiątych w Polsce przez kilka miesięcy. O żołnierzach, ilu ich do tej pory poległo nie wiemy. Są za to widoki ukraińskich cmentarzy, pełne młodych ludzi. Mężczyzn i kobiet, bowiem one również stanęły do obrony. No tak, ale tu o czym innym być miało i będzie. To jak to było z tą naszą bohaterską walką z komunizmem?
Paszportowa loteria i filtry bezpieki
Gra w kotka i myszkę ze Służbą Bezpieczeństwa
Opis realiów wydawania paszportów przez MSW i SB, przywileje urzędników paszportowych oraz masowe ucieczki Polaków z wycieczek organizowanych na Zachód.
Jeszcze przed 13 grudnia 1981 Polacy uciekali na zachód. Stąd wydawanie paszportu do podróży do krajów kapitalistycznych było utrudnione przepisami i blokowane administracyjnymi barierami. W tamtym czasie biuro paszportowe podlegało Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. W praktyce rządziła nim tajna policja polityczna o nazwie Służba Bezpieczeństwa. To oni decydowali, kto może pojechać na zachód, a kto nie. Ludzie pracujący w tym biurze byli funkcjonariuszami objętymi wszelkimi przywilejami jak funkcjonariusze SB – łącznie z emerytalnymi (po 15 latach w urzędzie ds. paszportów nabywało się praw emerytalnych!). Odcinek na jakim pracowali, był dla komunistów niezwykle ważny. Pozwalał odfiltrować i zapobiec ewentualnym próbom ucieczki. Ucieczki były masowe, zdarzało się, że z „wycieczki” na zachód wracał tylko kierowca autokaru. Ludzie kombinowali jak mogli. Byle tylko oszukać SB i dostać upragnioną „Książeczkę” pozwalającą na wyjazd.
Wizowy Armagedon i tranzytowa udręka
Kilkaset osób pod płotem i rozkręcanie aut na śrubki
Trudności z uzyskiwaniem wiz w zachodnich ambasadach, upokorzenia na granicach (szczególnie z NRD) oraz realia podróżowania pociągiem lub własnym samochodem
Sam paszport to połowa sukcesu. Od każdego kraju zachodniego, zanim się mogło wyjechać należało uzyskać wizę. Dla młodszych Polaków, urodzonych w latach osiemdziesiątych i później to niewyobrażalne. A tak było. Mając już paszport (a czekało się kilka miesięcy!) udawało się do ambasady lub konsulatu i tam udowadniało „turystyczny”, zawodowy lub naukowy powód wyjazdu. Spotkania z urzędnikami państwa, do którego chciano wyjechać też nie należały do miłych. Ze względu na ogromną ilość polskich uciekinierów, którzy później ściągali rodziny, starano się odmawiać ludziom, którzy na pierwszy rzut oka chcieli uciec z Polski. Sam byłem świadkiem w 1985 roku, jak zrozpaczony mężczyzna dowiedział się w ambasadzie Niemiec o odmowie. Staliśmy pod płotem, było nas dobre kilkaset osób. Kiedy urzędnik wychodził do nas oddawał paszporty głośno czytając nazwiska i mówiąc czy wiza jest, czy jej nie ma. Kilkaset osób pod ambasadą Niemiec po wizę. To był prawdziwy Armagedon.
Ale… wiza do kraju docelowego to nie wszystko. Jeśli dostaliśmy wizę np. do Hiszpanii, to należało na tej podstawie załatwić wizę tranzytową do NRD, Niemiec Zachodnich (RFN) i Francji. Trzy ambasady lub konsulaty. Kilka dni załatwiania, oczekiwania. No, jak minęło pewnie z pół roku i wypłakaliśmy wszystkie wizy mogliśmy się pakować i jechać. Wizy do krajów pośrednich były obowiązkowe oczywiście o ile nie podróżowaliśmy samolotem. W tamtym czasie była to jednak rzadkość. Jeździło się najczęściej pociągiem lub własnym autem. Rzadziej autokarem. Ten ostatni środek transportu był raczej dla oficjalnych wycieczek, organizowanych przez państwowe biura podróży – np. Orbis lub Almatur.
Jak ktoś myślał, że to koniec „przyjemności”, to się grubo mylił. Ruszamy w podróż i należy jeszcze przekroczyć granicę. Najpierw kolejka do granicy Polska – NRD. Czujne oczy polskich celników oraz Wojsk Ochrony Pogranicza. Czy nie wieziemy rzeczy zakazanych. A zakazane było prawie wszystko. Należało polskiemu i niemieckiemu celnikowi dać łapówkę. Jak jechało się pociągiem, to przedział się składał. Jak samochodem – trzeba było być gotowym. Nierzadko dochodziło do rozkręcania auta niemal na śrubki. Należało go potem skręcić i ponownie zapakować. Przekraczanie tej granicy to często kilkanaście, kilkadziesiąt nawet godzin w najgorszym razie. Potem granica NRD-RFN. To już wyższa szkoła przekraczania granicy. Celnicy NRD i strażnicy szukający wciąż czegoś. Upokorzenia na porządku dziennym. Dziś niewyobrażalne. Kolejne granice w tej perspektywie jakby nie istniały. Przechodziło się je szybko i w miłej atmosferze. Czasem nawet nie zatrzymując auta.
Dwie drogi na Zachodzie: wsparcie bliskich kontra obozowa rzeczywistość
Od luksusu pomocy rodzinnej po surowe procedury w Austrii
Różnice między uchodźcami mającymi zaplecze rodzinne a większością trafiającą do obozów przejściowych (np. w Austrii). Problem przepełnienia i inwigilacji ze strony zachodnich służb.
Skoro było tak wielu wyjeżdżających, co dalej? Jeśli ktoś miał rodzinę na zachodzie, mógł liczyć na jej pomoc. Po wyjeździe meldował się w danym urzędzie i rozpoczynała się procedura. Rodzina brała na siebie załatwienie pierwszych kroków. I to było najbardziej korzystne z punktu widzenia uciekającego z Polski Polaka. Miał gdzie mieszkać, rodzina pomagała, od przyjmującego państwa otrzymywał drobne pieniądze na start, miesięczną zapomogę, obowiązkowy kurs językowy i ewentualnie zawodowy. A choćby z powodu różnic w technologiach był niezwykle potrzebny nawet mechanikom samochodowym czy budowlańcom. A co dopiero inżynierom czy historykom. Ci ostatni mieli najgorzej. Humaniści byli traktowani jak ludzie bez kwalifikacji.
Niestety tylko mała garstka mogła liczyć na pomoc rodziny. Większość musiała korzystać z pomocy państwa przyjmującego. Wszystkie popularne kraje (np. Niemcy, Włochy czy Austria) były zmuszone utworzyć obozy dla uchodźców, gdzie Polacy w pewnym okresie stanowili znakomitą większość. Było to nawet 90%. Stąd były ataki prowadzone przez media budujące rosyjską narrację. A ta z oczywistych powodów nie była Polakom przychylna. Tak jak dziś propaganda rosyjska stara się skłócić Polaków z Ukraińcami, tak wtedy starała się poróżnić Polaków z Niemcami, Austriakami, Szwedami czy Włochami i innymi. Rosyjska agentura prowadziła takie same działania jak dzisiaj, choć teraz są ulepszone poprzez adaptację do zmieniających się warunków. Wg rosyjskiej agentury Polacy zabierali miejscowym pracę, Polacy brali zasiłki czym zubożali społeczeństwa, Polacy chodzili pijani, Polacy się awanturowali po alkoholu, Polacy wreszcie kradli. Brzmi znajomo? Nieprzypadkowa zbieżność z rosyjską propagandą w Polsce.
Niemiecki i austriacki socjal i podwójne standardy
Kursy językowe, kombinatorstwo i „zupa piwna”
Specyfika systemów Austrii i RFN – hojne wsparcie, przymusowa integracja, ale też mechanizmy wykorzystywane przez „drobnych cwaniaczków” do wyłudzania świadczeń.
Jednym z krajów, do których uciekali Polacy była Austria. Ta „potworna, faszystowska” Austria, matka załóg obozów koncentracyjnych z czasów II Wojny Światowej. Polakom to jakoś nie przeszkadzało, jak i Austriakom w udzielaniu pomocy. Azylanci, jak o nich mówiono, dostawali się do obozów. I rzeczywiście przypominało to nieco obozy. Przybywający byli mocno sprawdzani i inwigilowani, co zrozumiałe, ponieważ Rosja i PRL tą drogą wysyłały swoich agentów. Wspomnienia Polaków mówią o zdjęciach, odciskach palców, wielomiesięcznych oczekiwaniach na rozpatrzenie wniosku o azyl i ogromnym przepełnieniu. Łóżka stały nawet na korytarzach. Mała Austria nie była gotowa na wielotysięczny najazd. Tamtejsze prawo nie pozwalało z powodów bezpieczeństwa włączać uchodźców do pracy. Uchodźcy otrzymywali wyżywienie, małe kieszonkowe.
Jak wspomniałem przy okazji przyjmowania przez rodziny, tu kładziono nacisk na naukę języka i zawód. W przypadku wyrażenia chęci emigracji do innych krajów, np. do USA, Kanady czy Australii w obozie oczekiwano wiele miesięcy na odpowiedź tych krajów. Przez cały czas Austria utrzymywała naszych uchodźców. Przypomnę – uchodźcy byli żywieni, mieszkali na koszt podatników, mieli nawet drobne „kieszonkowe”.
Podobnie sytuacja miała się w Niemczech, choć tam państwo było o wiele hojniejsze dla azylantów. Mimo, że także musiano utworzyć obozy przejściowe, to warunki w nich były całkiem dobre. Niemcy Zachodnie dbały o przyszłych pracowników, starali się natychmiast włączać ich w obieg gospodarczy poprzez najpierw roczny OBOWIĄZKOWY kurs językowy – za obecność na nim azylanci mieli płacone drobne pieniądze. Była to zachęta do szybszej integracji. Jednocześnie oferowano pracę lub kursy zawodowe. Moi znajomi otrzymywali różne możliwości. Od malarza, poprzez murarza po kursy informatyczne (wtedy rzadkość). Po zakończeniu kursów wysyłano do pracy, lub obcinano wypłacaną zapomogę do wysokości w jakiej otrzymywali ją Niemcy. Obcinano. Azylant był w lepszej sytuacji finansowej niż bezrobotny Niemiec.
System niemiecki był wprost idealny dla drobnych cwaniaczków wyłudzających świadczenia. W 1992 roku poznałem Polaków, którzy byli tam od 1985 roku i chwalili się, że pracą się nie skalali. Za to posiadali wybitną wiedzę w zakresie, gdzie i u jakiego urzędnika najłatwiej wyłudzić dodatkową pomoc. Za bony socjalne potrafili nawet w sklepach kupić alkohol, co budziło wściekłość niemieckich podatników. Jeden z Polaków mówił, że są sklepy, a dokładnie wie które, gdzie mówi kasjerce, że piwo jest mu potrzebne na ugotowanie zupy piwnej. I często się udawało.
Włoski teatr i narodowy wstyd
Związek Sowiecki patrzy: propaganda i plaga kradzieży
Wykorzystywanie wizerunku Polaków przez sowiecką i włoską telewizję komunistyczną (mycie szyb). Problem kradzieży w sklepach, powstawanie gangów i narodowy wstyd tłumaczony na komisariatach.
Z Włoch pamiętam komunistyczne reportaże, jakie puszczano w polskiej i nawet rosyjskiej TV, co wiem od znajomych Rosjan, Ukraińców i Białorusinów. Emitowane w telewizji Związku Sowieckiego miały ośmieszyć i pokazać w niekorzystnym świetle Polaków, którzy uciekli na zachód. Pokazywano ich w przepełnionych obozach. Potajemnie nagrywano narzekania na warunki, wykorzystywano też agenturę do budowania atmosfery strachu i beznadziei. Pokazywano Polaków jak myją toalety, a pastwiono się na dorabiających na skrzyżowaniach i stacjach benzynowych myciem szyb w samochodach. Przedstawiano to jako żebractwo. Nagrywanie takich reportaży we Włoszech było ułatwione, ponieważ Włochy posiadały bardzo silną partię komunistyczną. Służby rosyjskie i powiązane z nimi poruszały się tam w miarę swobodnie.
Osobnym tematem był wstyd jaki przynosili Polacy udziałem w mniejszych i większych kradzieżach. To wtedy zrodził się mit o polskim złodzieju. Polacy po przyjeździe na zachód dostawali oczopląsu od bogatych i kolorowych półek. Wszystko było w zasięgu ręki, ale nie było na wszystko pieniędzy. Pokusie kradzieży ulegało wielu naszych rodaków, nie zdając sobie często sprawy, że są obserwowani przez sklepowego detektywa – wpadali nawet na pierwszej próbie. Sprawy szły w tysiące.
Mój brat mieszkający w Niemczech wspominał, że często chodził na policję jako tłumacz. Mieszkał w małym mieście, a kradzieży Polacy robili całkiem sporo. Strasznie się wstydził. W krótkim czasie w kradzieży cenniejszych przedmiotów wyspecjalizowały się założone przez Polaków grupy przestępcze. Kradli drogie perfumy, sprzęt elektroniczny czy też nawet zabawki. To wtedy pojawili się specyficzni złodzieje. Oferowali kradzież przedmiotów z katalogu. Można było zamówić, a złodziej przynosił. Umawiano się zazwyczaj na połowę ceny z katalogu. Najczęściej kradzieże zdarzały się w pobliżu obozu. Tam kradziono alkohol, kosmetyki i drobne przedmioty codziennego użytku. Niestety naszych rodaków najczęściej łapano na kradzieży alkoholu. Policja też często wyjeżdżała do burd robionych przez pijanych Polaków.
Jak kończyły się te sprawy? Zgodnie z niemieckim lub innym prawem – w zależności od kraju. Jednak wszystkie miały jedną cechę wspólną. Nie kończyło się to deportacją, choć uciążliwość naszych rodaków była ogromna. Były jednak wyjątki. Polak popełniający ciężkie przestępstwo (np. gwałt, ciężki rozbój, handel narkotykami) stawał przed miejscowym sądem. Następnie odbywał karę więzienia, a po wyjściu był deportowany do Polski. Uznawano, że przestępcy nie należy się ochrona międzynarodowa.
Były jeszcze dwie kategorie, które podlegały deportacjom. Udowodnienie, że dana osoba wbrew swej legendzie współpracowała z polskimi służbami – tajna policja, wywiad czy kontrwywiad – skutkowało natychmiastowym odstawieniem do granicy. Kiedy tysiące polskich uchodźców napływały, rządy państw zorientowały się, że co jak co, ale tylu działaczy Solidarności nie było w podziemiu – uciekło około 1,5 miliona ludzi. Jeśli Polak nie potrafił przekonująco opisywać swojej działalności w podziemiu, nie miał dowodów w postaci dokumentów z milicji lub SB z zatrzymań, rewizji, przesłuchań – czasem był deportowany. To były rzadkie przypadki, ale się zdarzały.
Gorzka refleksja na koniec
Gdzie się podziali ci wszyscy bojownicy?
Podsumowanie statystyk (20 tys. oficjalnych kombatantów vs 1,5 mln emigrantów). Refleksja nad mitem masowej walki podziemia oraz ironiczne zestawienie dawnej tolerancji Zachodu wobec Polaków z dzisiejszą surowością polskich urzędów wobec Ukraińców.
Na koniec. Prawie półtora miliona Polaków uciekło z Polski po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku. Powoływali się na swoją działalność w podziemiu i groźbę prześladowań. Mam taką refleksję, gdyby nas było rzeczywiście tyle, to nie czekalibyśmy z obaleniem komunizmu do 1989 roku, tylko by to się stało najpóźniej do roku 1985, kiedy nastąpiły wyraźne oznaki pękania systemu.
Na dzień dzisiejszy status osoby walczącej z komunizmem przyznawany przez Urząd ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych posiada około 20 tys. Polaków. Jeszcze mniej posiada odznaczenie za tę walkę, jakim jest Krzyż Wolności i Solidarności, przyznawany na wniosek Instytutu Pamięci Narodowej. Tych osób jest nieco mniej niż 10 tysięcy.
Historycy oceniają, że pomijając jednostkowe wystąpienia, ludzi spełniających kryteria do określenia ich jako walczący z komunizmem nie było więcej niż 60–80 tys. A i to wg nich jest grubo przesadzone. Zgadza się to z moimi obserwacjami z tamtych czasów. Ludzi, którzy nie wahali się by działać wkoło nas była garstka. Było nas straszliwie mało.
To i owe półtora miliona powołujących się na działalność i zagrożenie prześladowaniami muszą budzić śmiech wśród nas – ludzi walczących z komunizmem. A w świetle tego, jak traktowano kiedyś polskich złodziei, deportacja Ukraińca za złowienie suma czy wjazd na Morskie Oko samochodem pokazuje naszych rządzących raczej jako uczestników politycznego teatru (red.), a nie poważnych urzędników państwowych.
Źródło: Grzegorz Majewski / Nowiny Wschodnie
W przypadku wykorzystania materiału prosimy o podanie źródła: Nowiny Wschodnie oraz aktywnego linku do publikacji.

Działacz opozycji antykomunistycznej w latach osiemdziesiątych XX wieku. Brał udział w podziemnej działalności wydawniczej – drukował i kolportował ulotki oraz uczestniczył w demonstracjach. W latach 1985–1986 był współorganizatorem audycji podziemnego Radia „Solidarność”. Od 1986 roku związany z Ruchem „Wolność i Pokój”. Za działalność opozycyjną był wielokrotnie represjonowany – karany grzywnami i aresztem.
Po 1989 roku pracował w sektorze prywatnym. Zajmuje się badawczo historią polskiej i czechosłowackiej opozycji antykomunistycznej. Jest współautorem książki oraz licznych artykułów naukowych i publicystycznych. Publikuje teksty o tematyce historycznej, społecznej i międzynarodowej, w tym dotyczące Ukrainy, m.in. na portalach LCA.pl oraz Fundacji „Wolność i Pokój”. Od 2014 roku aktywnie działa jako wolontariusz, wspierając Ukrainę oraz inicjatywy pomocowe.
Za działalność na rzecz wolności i niepodległości Polski został odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności (2016), Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2022) oraz Medalem Pro Patria (2025)