Imperium zła nie zmieniło swoich narzędzi. Po prostu przemalowało drony

Żołnierz obsługujący uzbrojonego drona wojskowego w polu, o zachodzie słońca

Źródło: Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy

Wesprzyj Nowiny Wschodnie
Pomóż nam rozwijać niezależne polsko-ukraińskie medium.
Wspólnie zebraliśmy
63 zł
Cel
5 000 zł
Każde wsparcie pomaga nam tworzyć rzetelne informacje i rozwijać portal.
Postaw kawę za:

21 lipca 2026 roku minister obrony narodowej Polski Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, że Rosja przejęła znaczną liczbę ukraińskich dronów i może je wykorzystać — po przemalowaniu oznakowań — do operacji „pod obcą flagą” przeciwko Polsce, krajom bałtyckim, Finlandii i Rumunii. Jeśli do tego dojdzie, nie będzie to nic nowego. Już to widzieliśmy. Osiemdziesiąt lat temu.

Schemat jest prosty i właśnie dlatego tak przerażający: bierzemy cudzy symbol, cudzy mundur, cudze oznaczenia — i zabijamy, atakujemy, prowokujemy w cudzym imieniu. Cel nie zmienił się ani o jotę: poróżnić dwóch sąsiadów, którzy zbyt długo i zbyt uparcie próbują stać ramię w ramię przeciwko temu samemu wrogowi ze wschodu.

Komitet Rady Ministrów do spraw Bezpieczeństwa Narodowego rozpatrywał we wtorek hipotetyczny scenariusz: rój dronów pojawia się nad Polską lub innym państwem wschodniej flanki NATO, nosząc oznakowanie Sił Zbrojnych Ukrainy. Formalnie — ukraiński atak. Faktycznie — rosyjska prowokacja. Kosiniak-Kamysz powiedział wprost, że chodzi o sprawdzoną taktykę: „mieliśmy prowokacje z użyciem dronów, więc widzieliśmy, do czego zdolna jest Federacja Rosyjska”. Zagrożona, według niego, jest nie tylko Polska, ale też kraje bałtyckie, Finlandia i Rumunia — cała wschodnia flanka Sojuszu.

Dlaczego Kreml zawsze walczy cudzymi rękami — i w cudzych mundurach?

Odpowiedź jest prosta: bo to działa. Działało w pewnej formie na Wołyniu w 1943 roku. Stało się systematyczną taktyką w latach 1944–1953. Działa dziś nad Bałtykiem.

Najpierw ważne zastrzeżenie. W 1943 roku, gdy rozgrywała się tragedia wołyńska, teren ten znajdował się pod okupacją niemiecką, a nie pod kontrolą NKWD — władza sowiecka fizycznie nie sprawowała wówczas kontroli nad Wołyniem. Były to lata, w których działała zarówno agentura niemiecka, jak i sowiecka, a także podziemie ukraińskie i polskie, dlatego nie można stawiać znaku równości między ówczesnymi wydarzeniami a późniejszą systemową pracą NKWD. Część historyków uważa jednak, że niektóre napady na polskie wsie w tym okresie mogły przeprowadzać także specgrupy NKWD przebrane w mundury UPA — czyli sowiecka agentura już wtedy próbowała wpływać na przebieg konfliktu ukraińsko-polskiego, choć nie na taką skalę jak później.

Prawdziwą, rozwiniętą w system taktyką „cudzego munduru” stało się to dopiero po powrocie władzy sowieckiej — w latach 1944–1953. Gdy aktywność UPA jako dużej, regularnej siły zaczęła słabnąć, NKWD, a później MGB, nie zaprzestały walki — zmieniły jej formę. Tworzyły tak zwane grupy legendowane — specjalne oddziały, które zakładały mundury UPA, posługiwały się hasłami UPA i działały, zgodnie z oficjalnymi zadaniami, „pod pozorem powstańców w celu zdyskredytowania ruchu”. Jedno z takich kierownictw nosiło wymowną nazwę „Wschód”. Według badacza Mykoły Ruckiego, który pracował z odtajnionymi archiwami KGB, pod tym kierownictwem działało 47 grup przebranych w mundury UPA.

Te oddziały pełniły podwójną funkcję. Po pierwsze, grabiły i zabijały ludność cywilną — zarówno ukraińską, jak i polską — właśnie po to, by wina spadła na powstańców. Po drugie, udając oddział UPA, dowódcę z otoczeniem czy nawet bojówkę Służby Bezpieczeństwa OUN, nawiązywały kontakt z prawdziwymi formacjami UPA — aby je wykryć i zniszczyć.

Nie chodzi tylko o oskarżenie wroga. Chodzi o to, by zrobić to tak, żeby ofiara oskarżyła nie okupanta, lecz swojego sąsiada.

Badacze zwracają uwagę, że działalność specgrup NKWD mogła wpływać na przebieg niektórych epizodów konfliktu ukraińsko-polskiego w latach 1944–1953. Cel pozostawał niezmienny przez cały ten okres: nie dopuścić, by dwa narody, z których każdy miał własne rachunki z reżimami totalitarnymi, zjednoczyły się przeciwko wspólnemu wrogowi. Dziel i rządź.

Wołyń 2026 — to już nie archiwum, lecz aktualny podręcznik FSB

Najgorsze jest to, że to nie tylko historia. To obowiązująca metodyka. Kilka tygodni przed wypowiedzią Kosiniaka-Kamysza polskie i ukraińskie źródła odnotowały: 5 lipca 2026 roku prorosyjskie media (w tym RT i TASS) opublikowały rzekomo „odtajnione” dokumenty FSB dotyczące tragedii wołyńskiej — sfałszowany „raport” o zabójstwie 11 księży katolickich i niemal 2 tysięcy Polaków we Włodzimierzu Wołyńskim. Jeszcze dzień wcześniej Ukraiński Ośrodek Przeciwdziałania Dezinformacji ostrzegał przed przygotowywaną publikacją, mającą na celu zachwianie strategicznego partnerstwa Polski i Ukrainy. Polscy historycy — w tym dr Joanna Karbarz-Wilińska z IPN oraz prof. Mirosław Szumiło z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej — potwierdzili PAP, że chodzi o znaną fałszywkę, którą FSB publikowała już wcześniej, w 2024 roku, i która krąży w Polsce od 2008 roku.

Zmieniły się dziesięciolecia. Zmieniły się technologie — zamiast przebranych „bojowników” mamy dziś przemalowane drony, zamiast sfałszowanych raportów agentury polowej — sfałszowane dokumenty archiwalne. Nie zmieniła się tylko jedna rzecz: logika wroga. Wtedy — mundur UPA na ramionach agenta NKWD. Dziś — oznakowanie Sił Zbrojnych Ukrainy na kadłubie bezzałogowca wystrzelonego z Kaliningradu lub z Białorusi.

Wtedy i dziś rachunek jest ten sam: zmusić ofiarę, by podejrzewała nie imperium, lecz sąsiada.

„Wielu tu naszych — moja zmarła matka naliczyła z naszej wsi i okolicy 47 osób” — wspominała mieszkanka jednej z wołyńskich wsi, opowiadając o rozprawach dokonanych pod cudzym imieniem.

To nie są linijki z podręcznika. To świadectwo żywego człowieka o tym, do czego prowadzi prowokacja, której na czas nie rozpoznano.

Różnica polega na tym, że dziś Warszawa i Kijów zdają się mieć tę lekcję opanowaną. Minister obrony Polski nie milczy i z góry nie oskarża Ukrainy — publicznie ostrzega przed samym mechanizmem prowokacji, zanim jeszcze mogłaby się wydarzyć. I to jest właśnie najlepsza obrona: kiedy wszystkie strony znają reguły gry agresora, gra przestaje działać.

Były i nadużycia zaufania, i tragiczne pomyłki, i prawdziwa ukraińsko-polska krew na ziemi wołyńskiej — nie warto tego negować ani pomniejszać dla wygodnej metafory. Ale jednocześnie nie można zamykać oczu na trzecią stronę konfliktu, która od dziesięcioleci — i dziś na nowo — ma bezpośrednią motywację, by ta krew nadal się lała, a wina spadała nie tam, gdzie powinna.

Kreml nie wymyślił niczego nowego przez osiemdziesiąt lat. Po prostu odświeżył garderobę.

Źródło: Nowiny Wschodnie / RMF24 / RP.PL / Ukrslovo.org.ua / Wikipedia / Radio Svoboda / dzieje.pl

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *