
15 lipca minęła 616. rocznica bitwy pod Grunwaldem — data, którą zwykle wspomina się jednym akapitem w kalendarzu rocznic. Tymczasem ta bitwa zawiera udokumentowaną, potwierdzoną przez historyków odpowiedź na pytanie, które dziś często dyskutuje się jako coś nowego: czy różne narody mogą zjednoczyć się przeciwko wspólnemu wrogowi i zwyciężyć.
5 000 zł
Kiedy mówi się o „polskim zwycięstwie pod Grunwaldem”, nie jest to błąd — ale to niepełny obraz. Pod dowództwem Władysława Jagiełły i Witolda stało polskie rycerstwo, chorągwie litewskie, jazda tatarska i — rzadziej wspominane — chorągwie ruskie (dzisiejsze ukraińskie i białoruskie) z Kijowa, Łucka, Halicza i Smoleńska. Z całego wojska litewskiego jedynie trzy chorągwie smoleńskie „dotrzymały pola” w chwili, gdy litewskie skrzydło zaczęło się cofać, i mimo ciężkich strat przebiły się do chorągwi polskich. Jan Długosz, najdokładniejszy, choć niebezstronny wobec strony polskiej kronikarz bitwy, pisał, że z wojsk litewskich tylko wielki książę Witold i właśnie te trzy chorągwie smoleńskie zasłużyły na pochwałę za odwagę.
Potwierdzają to liczby, choć są one od dawna przedmiotem sporu historyków — żadne źródło z epoki nie pozostawiło dokładnego spisu wojsk, a szacunki różnią się w zależności od przyjętej metody liczenia. Sprzymierzeni dysponowali ponad 30 tysiącami jazdy: około 18 tysięcy Polaków i 2 tysiące jazdy zaciężnej oraz 11 tysięcy Litwinów i około 2 tysiące Tatarów. Według ustaleń prof. Andrzeja Nadolskiego, siły krzyżackie liczyły około 15 tysięcy, polskie — 20 tysięcy, litewskie — 10 tysięcy, zorganizowane odpowiednio w 50, 40 i 51 chorągwi. Inne szacunki mówią o wyższej liczbie rycerzy Zakonu — nawet 21 tysiącach oraz kilku tysiącach piechoty.
Z tych danych płynie prosty wniosek. Wojska litewsko-ruskie, liczące samodzielnie 10–13 tysięcy, nie miały żadnych szans wobec kilkunastotysięcznego Zakonu. Armia polska, licząca około 20 tysięcy, przy najniższych szacunkach sił krzyżackich mogła teoretycznie zrównoważyć przeciwnika, ale przy wyższych — wciąż mu ustępowała liczebnie. Dopiero połączone siły sprzymierzonych, sięgające 30–35 tysięcy, dały wyraźną przewagę liczebną — a to właśnie ona, obok odwodu wprowadzonego przez Jagiełłę w decydującym momencie bitwy, przesądziła o zwycięstwie.
I tu ujawnia się paradoks rocznicy, która właśnie minęła: tę datę co roku wspomina się jako fakt z podręcznika, rzadko natomiast — jako precedens. Koalicja różnych narodów przeciwko wspólnemu, imperialnemu wrogowi już raz istniała i już raz zadziałała. Warto dla ścisłości podkreślić: wówczas zagrożenie płynęło z zachodu i północy — od Zakonu Krzyżackiego w Prusach, a nie ze wschodu, jak dziś ze strony Rosji. Geografia wroga się zmieniła, retoryka pozostała rozpoznawalna — Zakon usprawiedliwiał ekspansję na ziemie litewskie misją chrystianizacji „pogan”, którzy w chwili wybuchu wojny byli już oficjalnie ochrzczeni od ponad dwudziestu lat.
Dlaczego mówimy o jedności jak o czymś nowym, skoro raz już zadziałała?

Pole Bitwy pod Grunwaldem, Źródło: Muzeum Bitwy pod Grunwaldem w Stębarku
Odpowiedź na to pytanie ma konkretne, historiograficzne podłoże. Narodowe narracje XIX i XX wieku przedstawiały Grunwald jako triumf głównie polski albo głównie litewski — każdy naród budujący własną tożsamość historyczną potrzebował mitu założycielskiego bez miejsca dla sojusznika, który również chciał swojej części chwały. Udział ruski (ukraiński) w bitwie znalazł się w podwójnym cieniu: polska historiografia tradycyjnie koncentrowała się na rycerstwie polskim, natomiast radziecka, a później rosyjska — wpisywała chorągwie ruskie w narrację o „wspólnym dziedzictwie staroruskim”, a nie w samodzielny udział w koalicji z Litwą i Polską.
Nie chodzi o umniejszanie wkładu polskiego czy litewskiego — oba były decydujące, a to właśnie polskie rycerstwo przyjęło na siebie główne uderzenie w centrum i na lewym skrzydle. Chodzi o to, że zwycięstwo zapewniła koalicja, a nie jeden naród działający samodzielnie. Trzy chorągwie smoleńskie na prawym skrzydle to tylko jeden udokumentowany epizod spośród wielu: w bitwie brali udział również najemnicy czescy (możliwe, że wśród nich przyszły dowódca husycki Jan Žižka) oraz kontyngent mołdawski wojewody Aleksandra Dobrego.
Dziś, gdy Ukraina znów stoi naprzeciw imperium, które jest wspólnym dla regionu historycznym wrogiem — tym razem jest to Rosja — pytanie o koalicję znów nabiera aktualności. Jagiełło i Witold 616 lat temu rozstrzygnęli je na korzyść sojuszu uznającego wkład każdej ze stron, a nie na korzyść wygodniejszej, jednonarodowej narracji.
616 lat to nie abstrakcyjna data z kalendarza rocznic. To udokumentowany, potwierdzony w źródłach precedens, starszy niż jakikolwiek ze współczesnych sporów o to, czyja wersja historii jest ważniejsza. Wątpić, czy koalicja zadziała ponownie, można. Zaprzeczać, że raz już zadziałała — jest już trudniej.
Sztandary były różne. Wróg — jeden. Wtedy, tak jak dziś.
Źródło: Nowiny Wschodnie / Muzeum Wojska Polskiego / PAI Media Polska / Wojsko-Polskie.pl / Muzeum Grunwald

Historyczka, etnografka oraz specjalistka ds. mediów społecznościowych. Od wielu lat zajmuje się rozwojem kanałów YouTube, wspierając ekspertów i firmy w budowaniu ich obecności w internecie. Prowadziła badania naukowe z zakresu etnopsychologii i etnopedagogiki w Galicji oraz na Północnym Nadczarnomorzu. Jej zainteresowania obejmują historię Ukrainy i Europy, relacje polsko-ukraińskie oraz zagadnienia etnonarodowe i międzykulturowe.