
Czy Jerzy Giedroyc zbierałby dziś pieniądze na ukraińską armię? Takie prowokacyjne pytanie organizatorzy Ukraińskiej Wiosny postawili w tym roku publiczności w Poznaniu. Wniosek, do którego doszli uczestnicy dyskusji, okazał się zaskakująco optymistyczny i zupełnie niepodobny do tego, co na co dzień widzimy w mediach społecznościowych.

5 000 zł
Festiwal Kultury „Ukraińska Wiosna” od 19 lat pokazuje Polakom Ukrainę bez hopaka i szarawarów, a coraz częściej pokazuje Ukraińcom Polskę. Po XIX edycji, która odbyła się w dniach 1–4 października 2026 roku w Poznaniu pod hasłem „Spotkajmy się! Z Kulturą.”, rozmawiamy z wiceprezeską Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Polska–Ukraina” i współkoordynatorką festiwalu Marią Andruchiw. O Giedroyciu i ZSU, o wybijce, o stereotypach, które wciąż żyją po obu stronach granicy, i o tym, dlaczego o wojnie trzeba mówić językiem tych, do których chcemy dotrzeć.

Poznań leży dość daleko od ukraińskiej granicy. Jak się Pani tu znalazła i skąd Pani pochodzi?
Pochodzę z miasteczka Dubno w obwodzie rówieńskim, to zachodnia część Ukrainy. W Poznaniu mieszkam już 12 lat, przyjechałam tu swego czasu na studia. Skończyłam zresztą dziennikarstwo.
Tak naprawdę więzi z Polską kształtowały się jeszcze wcześniej. W czasach szkolnych chodziłam do sobotnio-niedzielnej szkoły polonijnej. W moim mieście działa Towarzystwo Kultury Polskiej i to właśnie tam zaszczepiono mi zainteresowanie Polską. Bardzo często jeździliśmy na różnego rodzaju wymiany, a dzieci z Polski spędzały lato na Ukrainie. Wtedy zrozumiałam, że chciałabym studiować dziennikarstwo w Polsce. Zaraz po szkole przeprowadziłam się tutaj i zostałam. Ale tak się złożyło, że moja działalność tutaj jest bezpośrednio związana z Ukrainą, choć na Ukrainie od dawna już nie mieszkam.
Rozmawiamy o Ukraińskiej Wiośnie w Poznaniu. To największy festiwal kultury ukraińskiej w Polsce?
Tak, uchodzi za największy pod względem skali i historii, bo ma już 19 lat. Z naszego monitoringu wynika, że to także największy festiwal kultury ukraińskiej w Europie Wschodniej, jeśli mówimy o festiwalach poza Ukrainą.
Festiwal to Pani główna działalność?
To mała część naszej działalności. Nasza organizacja nazywa się Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Polska–Ukraina”. Zajmujemy się dyplomacją kulturalną, to jedna część. Drugą dużą częścią jest działalność społeczna: pomoc humanitarna dla Ukrainy, projekty edukacyjne i integracyjne, projekty przeciwdziałania dezinformacji i dyskryminacji w szkołach.
Nasi członkowie i członkinie, ja również, zasiadają w różnych organach doradczych przy samorządzie miasta. Jestem już drugą kadencję członkinią Rady ds. Migrantów i Migrantek. Czyli bronimy praw Ukraińców i upominamy się o ich potrzeby, ale nie tylko. Doświadczenie migracyjne Ukraińców jest bardzo podobne do doświadczeń innych narodowości, więc staramy się przenosić nasze wypracowane rozwiązania także na nie, żeby wszystkim żyło się tu komfortowo i dobrze. Sytuacja demograficzna w Polsce szybko się zmienia i to nie dotyczy tylko Ukraińców.


Jak powstał festiwal? I dlaczego „wiosna”, skoro odbywa się jesienią?
To pytanie zawsze przychodzi do głowy jako pierwsze każdemu, kto się o nas dowiaduje.
Festiwal powstał na bazie stowarzyszenia. Najpierw powstało Stowarzyszenie „Polska–Ukraina”, a założył je Witold Horowski. Prowadził w Polsce gospodarstwo rolne i pojechał na Ukrainę sprawdzić, czy mógłby tam również prowadzić działalność rolniczą. I zakochał się w Ukrainie. Zwłaszcza w Podolu. Zakochał się tak bardzo, że założył to stowarzyszenie i bardzo dużą część swoich dochodów przeznaczał na ukraińskie Podole. Jest tam taka wieś Cygany. Bardzo dużo w nią zainwestował, otworzył tam szkołę dla dzieci, zbudował boisko. Jednym słowem, zakochał się w ukraińskiej kulturze i historii i założył stowarzyszenie, żeby pokazać poznańskiej społeczności, co czuje do Ukrainy i jaka Ukraina jest. Wtedy właśnie powstał festiwal.
W tym samym czasie na bazie stowarzyszenia powstał konsulat honorowy. Został konsulem honorowym Ukrainy i przez bardzo długi czas pełnił tę funkcję. Potem przejął ją jego syn. Niestety, w 2019 roku konsulat honorowy zlikwidowano.
To nietypowa historia powstania ukraińskiej organizacji. Większość organizacji ukraińskich powstała tutaj w 2022 roku albo trochę wcześniej, w 2014, na fali Majdanu. A nasze stowarzyszenie ma korzenie zupełnie gdzie indziej. Celem moich kolegów od początku było pokazanie prawdziwej Ukrainy. Nie tylko hopaka, szarawarów i Szewczenki, ale czegoś znacznie głębszego, czegoś, co naprawdę zapada w człowieka.

Pani koledzy to głównie Polacy?
Tak, i to nas wyróżnia. Wszyscy moi koledzy mówią po ukraińsku, wszyscy skończyli ukrainistykę. Nasz drugi wiceprezes jest doktorem nauk filologicznych w zakresie ukrainistyki, uczy ukraińskiego polskich studentów i zna literaturę ukraińską lepiej ode mnie. To naprawdę wyjątkowa grupa ludzi, która chciała obalić mity i stereotypy o Ukrainie.
Z czasem, od 2014 roku, zaczęło się pojawiać bardzo wiele wyzwań społecznych i poczuliśmy potrzebę poszerzenia działalności. Teraz mamy fundusz, z którego opłacamy stypendia dla ukraińskich dzieci. Utrzymujemy też kilka rodzin skrzywdzonych przez polskich pracodawców. Prowadziliśmy ich sprawy w sądzie, wywalczyliśmy pewne kwoty, organizowaliśmy zbiórki, a teraz prowadzimy dla tych rodzin mentoring. Musieliśmy chodzić po sądach, żeby Ukraińcy, którzy ucierpieli w pracy bez przestrzegania zasad BHP i stracili kończyny, dostali odszkodowanie. Walczyliśmy o ich sprawy w ZUS i o to, żeby pracodawcy ponieśli odpowiedzialność karną. I ponieśli. To były bardzo długie sprawy.
Ta działalność wynika wyłącznie z potrzeby serca. Wszyscy mamy stałą pracę, a to nasza dodatkowa aktywność. Dlatego moim kolegom należy się wielki szacunek, bo mają i pracę, i rodziny, i dzieci.
To dlaczego jednak wiosna jesienią?
Do 2019 roku festiwal odbywał się w maju. Ale kiedy przyszła pandemia, wszyscy nasi grantodawcy przesunęli konkursy na inne terminy. O tym, że dostaliśmy grant, dowiadujemy się mniej więcej w kwietniu lub maju i do tego czasu nie da się zorganizować festiwalu, dlatego przenosimy go na październik. I tak już zostanie, bo mamy nową tradycję: przynosimy wiosnę właśnie wtedy, gdy zaczynają się chłody i potrzeba trochę słońca.
Tegoroczne hasło to „Spotkajmy się! Z Kulturą.”, a symbolem jest wybijka. Co chcieliście przez to powiedzieć?

Kryje się w tym pewien podtekst. Nie wiem, czy wszyscy go odczytali, więc go wytłumaczę, bo chcieliśmy nawiązać do niego bardzo dyplomatycznie.
Po pierwsze, chcieliśmy zaprosić wszystkich do spotkania i do szczerej rozmowy, do konfrontacji poglądów. W obecnej sytuacji relacji polsko-ukraińskich, które niestety bardzo się psują na tle różnych dyskursów publicznych, chcieliśmy stworzyć przestrzeń właśnie dla takiej rozmowy. A po drugie — „z kulturą”. To gra słów. Z kulturą, bo pokazujemy sztukę, ale też z kulturą osobistą, z szacunkiem do siebie nawzajem. I tak się ostatecznie stało. Cieszymy się, że nasza publiczność wykazuje właśnie taką kulturę osobistą.
Dlaczego wybijka? Co roku chcemy pokazać ukraińskie rzemiosło, które jest już zapomniane, mało zbadane albo tutaj zupełnie nieznane. W zeszłym roku pokazywaliśmy wycinanki Darii Ałoszkiny (przyp. red.: lwowska artystka, która odradzała i popularyzowała na świecie ukraińską wycinankę; zmarła 15 sierpnia 2026 roku w wieku 44 lat). W tym roku — wybijkę. To taki powrót do korzeni. Sami, szczerze mówiąc, jesteśmy zachwyceni tym rzemiosłem. Wygląda bardzo stylowo, zwłaszcza w połączeniu ze współczesnymi motywami.

W polskiej kulturze nie ma podobnego elementu?
Wybijka istnieje, ale była rozpowszechniona głównie na Podlasiu, na polskim Polesiu, dzięki przenikaniu się kultury białoruskiej, ukraińskiej i polskiej. W innych regionach nie była tak rozwinięta. Poznań leży jednak bardziej na zachodzie, tu jest więcej wpływów pruskich i wszystko, co związane z Ukrainą, jest tu mniej znane. Pewnie na Polesiu wybijka nie wzbudziłaby takiego zainteresowania jak tu, w Wielkopolsce.
Czym XIX edycja różniła się od poprzednich? Czy festiwal zmienia się w czasie wojny?
Bez wątpienia. Dziś festiwal pełni zupełnie nową funkcję. Jest platformą dyplomacji kulturalnej i przypominania o prawdziwej wojnie. Nasze wydarzenia w większości są w jakiś sposób związane z wojną, bezpośrednio lub pośrednio: i w dyskusjach, i w teatrze, i w kinie. W tym roku oba ukraińskie filmy, które pokazaliśmy, były bezpośrednio o wojnie.
Ale chcieliśmy rozmawiać o wojnie, odnosząc się także do polskiego kontekstu. Tu są dwa elementy. Pierwszy to Giedroyc, wybitna postać polskiej historii, publicysta, działacz społeczny, symbol odrodzenia polskiej demokracji i budowania relacji polsko-ukraińskich. Ten rok jest też jego rokiem (przyp. red.: Senat RP ustanowił rok 2026 Rokiem Jerzego Giedroycia w 120. rocznicę jego urodzin). [LINK WEWNĘTRZNY NW: wywiad z dr. Jarosławem Kitem — na frazie „jego rokiem”] Postawiliśmy kontrowersyjną tezę: gdyby żył dziś, czy relacje polsko-ukraińskie byłyby tak napięte, czy miałby wpływ na dyskurs publiczny i czy zbierałby pieniądze na ZSU. I w trakcie dyskusji doszliśmy do wniosku:
„W polskim społeczeństwie jest dziś dziesiątki tysięcy takich Giedroyciów, którzy jeżdżą na front, którzy pomagają, którzy lobbują na rzecz ukraińskich interesów i robią wiele innych rzeczy”.
W prawdziwym życiu wszystko wygląda znacznie lepiej niż, niestety, w mediach społecznościowych. Narracje z mediów społecznościowych tworzą bańkę, w której wydaje się, że wszyscy są przeciwko sobie. Niestety, część mediów i liderów opinii w Polsce kieruje się tymi narracjami jako sposobem na zwiększenie zasięgów. To bardzo przykre.

Drugi element to polska kultura w ukraińskim odczytaniu. Ten rok jest też Rokiem Andrzeja Wajdy, więc pokazaliśmy „Ziemię obiecaną” z ukraińskimi napisami. Ten film bardzo mocno przecina się z realiami, które przeżywa dziś Ukraina. W ten sposób powoli wprowadzamy polską kulturę do festiwalu właśnie dla ukraińskiej publiczności. Po pierwsze, żeby pokazać, że nie działamy jednostronnie i że jesteśmy za dialogiem. Po drugie, wzajemne poznawanie się i integracja działają tylko wtedy, gdy obie strony się nawzajem poznają. Bo prawda jest taka, że Ukraińcy też nie do końca rozumieją, jak myślą Polacy.
Czy znamy się tak dobrze, jak nam się wydaje?
Nie ma Pani wrażenia, że my, Ukraińcy, bardzo mało wiemy o polskiej kulturze, a Polacy o ukraińskiej?
Wydaje nam się, że jesteśmy bardzo, bardzo podobni. I jesteśmy podobni, ale w wielu sprawach tylko nam się tak wydaje. Widać to nawet wtedy, gdy Ukraińcy przyjeżdżają do Polski: spolszczają ukraińskie słowa, myśląc, że po polsku tak będzie poprawnie. Ja też miałam takie błędy językowe. I tak samo jest z kontekstami kulturowymi: mamy wiele różnych sposobów postrzegania pewnych procesów i musimy się ich uczyć.
Elementy kultury polskiej, które dodajemy do festiwalu, pomagają Ukraińcom lepiej rozumieć Polaków. A samo przygotowanie festiwalu z partnerami to też element integracji, bo uczymy się od siebie nawzajem, jak pracujemy i jakie mamy podejście do pracy.
Z roku na rok festiwal staje się coraz cieplejszym miejscem, żeby porozmawiać o tym, co bardzo boli, ale w sposób wyważony, spokojny i z szacunkiem. Przez tyle lat nie przyszedł do nas ani razu żaden prowokator, który dyskutowałby z nami bez szacunku. Nawet kiedy z sali padają pytania o Wołyń, a w tym roku znów się pojawiły, są to słowa wypowiedziane w bardzo wyważony sposób. Widzimy, że wokół siebie budujemy pewien poziom komunikacji. Powiedziałabym, że dojrzałą postawę. Milczenie o tych faktach to błąd. Mówienie o nich jednostronnie to też błąd. Trzeba mówić o tym, co było, ale też o tym, że nie chcemy, żeby to wróciło, niezależnie od geografii.
Jak zmieniła się publiczność? Kiedyś był to festiwal umownie Polaków dla Polaków o Ukrainie.
Ukraińska publiczność na pewno się powiększyła, to widać. Ale wciąż dużą część naszej publiczności stanowią Polacy. Naszą główną zasadą pozostaje to, że komunikacja odbywa się po polsku i dodatkowo po ukraińsku. Nie przechodzimy całkowicie na ukraiński i to pozwala nam utrzymać tę samą grupę docelową.
Często widzę, że ukraińskie organizacje za granicą komunikują się tylko po ukraińsku, choć ich przekaz jest nastawiony na lobbowanie ukraińskich spraw, na rozmowę o wojnie. Ale przecież o wojnie trzeba mówić językiem kraju i ludzi, do których chcemy dotrzeć. My, niestety, wiemy już o wojnie bardzo dużo. A przeciętny obywatel Polski, Francji czy Niemiec nie wie tego, co, jak nam się wydaje, powinien wiedzieć. Żeby to osiągnąć, trzeba komunikować się w jego języku.

Czego przeciętni Polacy wciąż najczęściej nie rozumieją o Ukraińcach? I odwrotnie?
Duża część i Ukraińców, i Polaków wciąż żyje stereotypami. Ukraińcy uważają, że Polacy to konserwatywni katolicy, skupieni tylko na rodzinie i wartościach „Bóg, Honor, Ojczyzna”. To nie do końca prawda. Taka część społeczeństwa istnieje, jest w każdym państwie. Ale Polska to nowoczesne i w wielu kontekstach bardzo postępowe państwo, jedno z przodujących pod względem rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Sektor NGO jest tu bardzo aktywny, lobbuje u ustawodawców i naprawdę wpływa na to, co dzieje się nawet w Sejmie.
Dosłownie wczoraj moja przyjaciółka, która przez długi czas zasiadała w organie doradczym, doprowadziła do tego, żeby artyści w Polsce mieli prawo do wsparcia, bo nie mają normalnych warunków ani umów o pracę. To najbardziej niestabilna grupa zawodowa w Polsce. Sejm wreszcie uchwalił tę ustawę (przyp. red.: chodzi o ustawę o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny; po głosowaniu w Sejmie trafiła do Senatu), bo sektor NGO co roku forsował te sprawy. Ukraińcy tego o Polsce nie wiedzą. Tak samo reforma decentralizacji, którą Polska przeprowadziła dawno temu, okazała się bardzo skuteczna i teraz Ukraina wdraża ją na polskim wzorze. Mamy się czego od Polski uczyć.
Polacy z kolei uważają, że Ukraina jest słabo rozwinięta gospodarczo, że mamy mnóstwo problemów społecznych i nie mamy czasu na sztukę, edukację, gospodarkę. Działam jako wolontariuszka, jeździliśmy na front z polskimi kolegami i wszyscy byli w szoku, jak rozwinięta jest infrastruktura na Ukrainie. To banalne, ale stacje benzynowe: można się tam umyć, zjeść i odpocząć. Może zaskoczyć, że mamy dobre drogi i bardzo piękne miasta.
A co dopiero kultura. Kiedy przywozimy orkiestry, artystów, rzeźbiarzy światowego poziomu, widzowie podchodzą i mówią: „Wow, macie tak rozwinięte kino! Nie wyobrażaliśmy sobie, że ukraiński dokument może być tak ciekawy”. A kiedy dodajemy, że spektakl, który zobaczyli, powstał w podziemiu, bo to teatr z Kijowa, a Kijów jest ostrzeliwany, ludzie, umownie mówiąc, zdejmują kapelusze z głów. Te konteksty nie są drugorzędne, nawet kiedy mówimy o sztuce.
Często zapraszaliśmy Andrija Lubkę (przyp. red.: ukraiński pisarz i wolontariusz, na początku 2026 roku wstąpił do Sił Zbrojnych Ukrainy) na spotkania i promocje jego książek. Teraz służy w ZSU. W tym roku chcieliśmy go zaprosić, ale nie udało mu się przyjechać, więc zaprezentowaliśmy na festiwalu jego esej. I nasi widzowie, którzy co roku przychodzili na spotkania z nim, od razu inaczej zobaczyli, jak bardzo ta wojna jest realna.
Wojna nie jest gdzieś daleko. Tego człowieka widzieli rok temu, a w tym roku jest już na froncie.
Właśnie tak. W zeszłym roku poświęciliśmy edycję twórcom kultury na froncie i tym, którzy niestety zginęli. Mówiliśmy o Wiktorii Amelinie (przyp. red.: pisarka, zginęła w wyniku rosyjskiego ataku rakietowego na Kramatorsk w 2023 roku), o Wołodymyrze Wakułence (przyp. red.: pisarz dla dzieci, uprowadzony i zamordowany przez rosyjskich okupantów na Charkowszczyźnie w 2022 roku). Dopiero kiedy przybliżamy te konteksty przez kulturę, ludzie rozumieją, że wojna trwa. Kiedy jest konkretnie: konkretny człowiek, konkretna historia, konkretna sytuacja.
Co powiedziałaby Pani Polakom, którzy nigdy nie byli na Ukraińskiej Wiośnie?
W przyszłym roku będzie jubileusz i już bardzo starannie się do niego przygotowujemy. Ale tak naprawdę dlatego, że będzie on, jak poprzednie, wyjątkową okazją, by się do siebie zbliżyć. I w sensie kulturowym, i międzyludzkim. Robimy to, żeby pokazać, że potrafimy rozmawiać ze sobą z szacunkiem i tolerancją.
Ukraina dąży do Unii Europejskiej również dlatego, że wartości, które przekazujemy, i demokracja, którą tak zaciekle buduje dziś, w czasie wojny, ukraińskie społeczeństwo obywatelskie, już dawno osiągnęły poziom, o którym wszyscy mówią. W wielu sprawach możemy już być przykładem: w wolności słowa, w budowaniu państwa, w tym, jak łatwo Ukraińcy wychodzą na ulice, kiedy chcą stawić opór. Tutaj, żeby obywatele wyszli na ulice, musi się wydarzyć coś naprawdę radykalnego. Dlatego zachęcamy, by odkryć prawdziwą Ukrainę, a nie tę stereotypową, która może gdzieś w ludziach się utrwaliła.
Wiosna, która przychodzi jesienią, nie jest pomyłką kalendarza. To przypomnienie, że na spotkanie nigdy nie jest za późno.
Źródło: rozmowa Nowin Wschodnich z Marią Andruchiw; Stowarzyszenie Społeczno-Kulturalne „Polska–Ukraina”; Instytut Literacki Kultura; Senat RP

Historyczka, etnografka oraz specjalistka ds. mediów społecznościowych. Od wielu lat zajmuje się rozwojem kanałów YouTube, wspierając ekspertów i firmy w budowaniu ich obecności w internecie. Prowadziła badania naukowe z zakresu etnopsychologii i etnopedagogiki w Galicji oraz na Północnym Nadczarnomorzu. Jej zainteresowania obejmują historię Ukrainy i Europy, relacje polsko-ukraińskie oraz zagadnienia etnonarodowe i międzykulturowe.

Co sądzisz o tym materiale?
Dołącz do rozmowy. Komentarze powinny odnosić się do tematu artykułu.
Napisz komentarz