Nie ma już dokąd wracać. Jej rodzinny Melitopol został okupowany, a dom zajęli rosyjscy żołnierze. Później budynek został zalany i dziś Ludmiła nawet nie wie, co z niego zostało. Kiedy uciekali z Ukrainy, nad ich samochodem przelatywały rakiety. Dziś Ludmiła mówi, że wojna nadal pozostała w ciele i psychice wielu ukraińskich kobiet, które próbują ułożyć sobie życie w Polsce. Choć wiele z nich przechodzi dziś bardzo trudne chwile, Ludmiła podkreśla, że jeśli człowiek szuka pomocy i puka do drzwi, zawsze może znaleźć wyjście. W rozmowie opowiada o tym, jak przeżyła pierwsze dni wojny, z czym musiała się mierzyć po przyjeździe do Polski i jak próbowała poradzić sobie z traumą, stresem oraz samotnością.

Kiedy 24 lutego 2022 roku Ludmiła wraz z córką, wnuczką i wnukiem wyjeżdżała z okupowanego dziś Melitopola, nie przypuszczała, że do rodzinnego domu nie wróci już przez kolejne lata.
– Myśleliśmy, że to potrwa dwa tygodnie. Że wojna zaraz się skończy i wrócimy do domu – wspomina dziś.
Podczas ucieczki nad ich samochodem przelatywały rakiety. Jechali nocą, bocznymi drogami, bez świateł. Mosty były zerwane, drogi zablokowane, a wokół ciągnęły się kolumny samochodów pełnych rodzin uciekających przed wojną.
– Był ogromny stres. Jechaliśmy z małymi dziećmi. Wnuczka miała wtedy sześć lat, wnuk szesnaście. Ciężko jest mi dziś do tego wracać. Ta wojna wciąż gdzieś ciągnie się za nami i nadal żyje w człowieku bólem oraz wspomnieniami. Widziałam też, jak bardzo przeżywał to mój wnuk. Podczas ucieczki i całej drogi był w tak silnym stresie, że musiał wtedy przyjmować leki uspokajające – opowiada.
Rodzina dotarła do Polski dopiero 4 marca. Po drodze pomagali im wolontariusze z zachodniej Ukrainy, a później także Polacy czekający przy granicy z wodą, jedzeniem, środkami higieny i pomocą dla dzieci.
– Przyjechaliśmy właściwie z jedną torbą. Polacy przyjęli nas bardzo dobrze. Dostaliśmy jedzenie, ubrania, pomoc, transport. Nigdy tego nie zapomnę – mówi Ludmiła.
Wojna nie kończy się po przekroczeniu granicy
Choć od wyjazdu z Ukrainy minęły już ponad cztery lata, Ludmiła przyznaje, że stres i niepewność nadal są częścią codzienności wielu uchodźczyń.
Jej rodzinny dom znajduje się dziś na terenach okupowanych.
– W naszym domu mieszkali rosyjscy żołnierze. Zabrali klucze. Później pękła instalacja i dom został zalany. Nawet nie wiemy, co tam dziś zostało – opowiada.
Po przyjeździe do Polski rodzina zamieszkała najpierw pod Wrocławiem. Początkowo żyli nadzieją, że sytuacja szybko się uspokoi i będą mogli wrócić do normalnego życia.
– Naprawdę wierzyliśmy, że wrócimy po kilku tygodniach. Nikt nie myślał wtedy, że wojna potrwa tyle lat – mówi.
Pierwsze miesiące w Polsce były jednak bardzo trudne. Obcy kraj, niepewność, stres i ciągłe śledzenie wiadomości z Ukrainy stały się codziennością.
– Człowiek cały czas żył w napięciu. Każdy telefon z Ukrainy wywoływał strach. Człowiek bał się o rodzinę, o znajomych, o dom – wspomina.
Ludmiła pomagała w centrum wolontariackim, tłumaczyła między Polakami a uchodźcami i wspierała innych Ukraińców, którzy dopiero przyjeżdżali do kraju.
– Polacy pomagali nam wtedy ogromnie. Ale my też staraliśmy się pomagać innym. Wiele osób przyjeżdżało całkowicie zagubionych, bez znajomości języka, bez planu, bez niczego – mówi.
Jak podkreśla, ogromną rolę odegrała również nauka języka polskiego oraz kontakt z ludźmi.
– Kiedy człowiek zaczyna uczyć się języka, zaczyna też trochę inaczej myśleć. Łatwiej odnaleźć się w nowej rzeczywistości i mniej się bać.
Najtrudniejsza okazała się samotność
Dziś Ludmiła mieszka razem z córką i wnuczką. Opiekuje się domem i pomaga rodzinie. Jak wiele starszych Ukrainek przyznaje jednak, że po wojnie największym problemem bardzo często okazuje się samotność.
– Młodsi pracują, mają swoje życie. Starsze kobiety często zostają same. Człowiek zaczyna się zamykać w sobie i to bardzo wpływa na psychikę – tłumaczy.
Według niej wiele kobiet po wojnie przez długi czas funkcjonuje w trybie ciągłego napięcia. Najpierw próbują ratować dzieci i rodzinę, później odnaleźć się w nowym kraju, a własne zdrowie i samopoczucie schodzą na dalszy plan.
– Kobiety często nie myślą o sobie. Najpierw dzieci, dom, rodzina, dokumenty, praca. Dopiero później człowiek zaczyna zauważać, że organizm już tego wszystkiego nie wytrzymuje – mówi.
Ludmiła podkreśla, że ogromne znaczenie miały dla niej spotkania organizowane przez lokalną fundację oraz klub „Siła Kobiet”. Jak mówi, po doświadczeniach wojny, ucieczki i życia w ciągłym stresie człowiek bardzo potrzebuje drugiej osoby oraz zwykłej rozmowy.
– Kiedy człowiek zostaje sam ze swoimi problemami, bardzo łatwo zamknąć się w sobie. A kiedy spotyka innych ludzi, którzy przeżyli podobne rzeczy, łatwiej jest sobie z tym wszystkim poradzić – mówi.
To właśnie tam, razem z innymi kobietami-uchodźczyniami, dzielą się swoimi problemami, rozmawiają o samotności, stresie i problemach zdrowotnych, a także wspólnie szukają sposobów, jak sobie z nimi radzić.
– Człowiek nagle widzi, że nie tylko on mierzy się z takimi problemami. Inne kobiety też przechodzą przez stres, problemy zdrowotne czy psychiczne zmęczenie po wojnie. To daje poczucie wsparcia i pomaga łatwiej przetrwać trudniejsze chwile – podkreśla Ludmiła.
„Stres zostaje w organizmie”
Ludmiła przyznaje, że długotrwały stres i życie w ciągłym napięciu zaczęły wpływać także na zdrowie.
– Na tle stresu wszystko się koncentruje. Organizm po prostu zaczyna się buntować – mówi.
Specjaliści podkreślają, że przewlekły stres, przemęczenie i osłabienie organizmu mogą zwiększać ryzyko wielu problemów zdrowotnych, w tym infekcji układu moczowego, które szczególnie często dotykają kobiet. Według danych medycznych nawet 81% zakażeń układu moczowego dotyczy właśnie kobiet.
Do najczęstszych objawów należą pieczenie podczas oddawania moczu, częstomocz, uczucie parcia na pęcherz czy dyskomfort w podbrzuszu. Eksperci podkreślają, że bardzo ważna jest szybka reakcja już przy pierwszych objawach oraz wspieranie naturalnych mechanizmów obronnych organizmu.
W takich sytuacjach wiele osób szuka wsparcia już przy pierwszych objawach.
Ludmiła przyznaje, że w jej przypadku pomocne okazały się również preparaty roślinne wspierające układ moczowy.
– Dobrze, że istnieją produkty, które pomagają. Warto rozmawiać o zdrowiu i nie ignorować pierwszych objawów. Trzeba pytać lekarzy albo farmaceutów i szukać pomocy – mówi.
Jednym z preparatów stosowanych wspomagająco przy pierwszych objawach infekcji dróg moczowych jest Urosept — roślinny lek dostępny bez recepty, stosowany pomocniczo w zakażeniach układu moczowego oraz kamicy moczowej.
Preparaty roślinne tego typu wspierają naturalne mechanizmy obronne organizmu oraz pomagają dbać o prawidłowe funkcjonowanie układu moczowego szczególnie w okresach osłabienia organizmu, przemęczenia i przewlekłego stresu.
Ludmiła podkreśla również, że wiele kobiet zza wschodniej granicy po przyjeździe do Polski nie zna jeszcze polskich preparatów i często obawia się sięgać po produkty, których wcześniej nie używały.
– W Ukrainie kobiety znają inne leki i inne nazwy. Tutaj często boją się pytać albo nie wiedzą, co mogą stosować – mówi.
Tymczasem Urosept jest obecny na polskim rynku od ponad 40 lat i od lat pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych preparatów wspierających układ moczowy. Jak podkreślają farmaceuci, przy pierwszych objawach warto nie bać się szukać pomocy — zarówno u lekarza, jak i w aptece, gdzie można uzyskać podstawowe wsparcie i informacje dotyczące dostępnych preparatów.
To jest lek. Dla bezpieczeństwa stosuj go zgodnie z ulotką dołączoną do opakowania i tylko wtedy, gdy jest to konieczne. W przypadku wątpliwości skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.
„Nie można zamykać się w sobie”
Mimo trudnych doświadczeń Ludmiła nadal wierzy, że kiedyś wróci do domu.
– Mam nadzieję, że wojna się skończy i jeszcze wrócimy. Może nie od razu, ale kiedyś na pewno.
Jednocześnie podkreśla, że wiele Ukrainek w Polsce nadal potrzebuje wsparcia — nie tylko finansowego, ale przede wszystkim psychicznego i społecznego.
– Nie można zamykać się w sobie. Trzeba szukać ludzi, wsparcia, rozmawiać. To bardzo ważne – mówi.
Na zakończenie wraca jeszcze do jednego tematu — wdzięczności wobec Polaków.
– Chcę podziękować Polakom za wszystko. Za pomoc, za serce i za to, że nas przyjęli. Nigdy tego nie zapomnę.
Materiał sponsorowany

Dziennikarz i redaktor portalu informacyjnego Nowiny Wschodnie,
działacz społeczny zaangażowany w tematykę migracji, integracji,
praw człowieka oraz relacji polsko-ukraińskich.
Od lat zajmuje się problemami społecznymi, przeciwdziałaniem dezinformacji
i propagandzie rosyjskiej.
Absolwent dziennikarstwa i komunikacji społecznej
na Karkonoskiej Akademii Nauk Stosowanych.
Od 2014 roku publikował teksty dla polskiego portalu w Ukrainie „Słowo Polskie”,
a także współpracował z mediami lokalnymi w Polsce.
Doświadczenie medialne zdobywał również w telewizji —
w ukraińskiej stacji w Winnicy oraz w lokalnej telewizji w Jeleniej Górze.
Jest inicjatorem i współzałożycielem organizacji non profit
działających na rzecz wsparcia uchodźców i migrantów w Polsce.
Współtworzy oraz koordynuje projekty edukacyjne i integracyjne,
w tym szkołę sobotnią dla dzieci z Ukrainy
oraz inicjatywy wspierające osoby w procesie adaptacji i integracji społecznej.
