
Ponad stu zidentyfikowanych uczestników, opłacani prowokatorzy, kobiety i dzieci w pierwszych szeregach, a za nimi grupa mężczyzn przygotowanych do działań siłowych. Do tego fałszywe informacje o torturach, bezprawnym przetrzymywaniu ludzi i śmierci człowieka. Tak wyglądał scenariusz wydarzeń z 2 listopada 2026 roku w Petropawliwskiej Borszczahiwce pod Kijowem, które według ukraińskich służb mogły być wcześniej zaplanowaną prowokacją. Czy mamy do czynienia z powrotem tituszek i kolejną operacją, której skutki mogą wykorzystać rosyjskie służby propagandowe?
Protest, który nie był spontaniczny?
5 000 zł
2 listopada 2026 roku w Petropawliwskiej Borszczahiwce, miejscowości położonej w obwodzie kijowskim, doszło do gwałtownych zajść w pobliżu budynku wykorzystywanego przez ukraińską Gwardię Narodową. Na miejscu zgromadziła się grupa ludzi domagających się wyjaśnienia sytuacji mężczyzn w nim przebywających. W mediach społecznościowych bardzo szybko zaczęły pojawiać się informacje o rzekomym bezprawnym przetrzymywaniu ludzi, torturach, a nawet śmierci jednego z nich.
Sytuacja szybko stawała się coraz bardziej napięta. Niektórzy uczestnicy próbowali wyważyć bramę, niszczono ogrodzenie i okna, rzucano różnymi przedmiotami i używano środków drażniących. Doszło również do starć z policją i funkcjonariuszami Gwardii Narodowej.
Początkowo wydarzenia przedstawiano jako spontaniczną reakcję mieszkańców na informacje o rzekomym znęcaniu się nad osobami przetrzymywanymi w budynku. Jednak już następnego dnia ukraińska Służba Bezpieczeństwa poinformowała, że zajścia mogły być wcześniej przygotowaną operacją.
Co naprawdę znajdowało się w budynku?
Wyjaśnienia dotyczące budynku przedstawił dowódca Gwardii Narodowej Ukrainy, generał brygady Ołeksandr Piwnenko. Jak poinformował, przebywało tam 18 żołnierzy. Wśród nich znajdowało się czterech wojskowych, którzy wcześniej samowolnie opuścili swoje jednostki i zostali ponownie do nich doprowadzeni.
Czterech żołnierzy przewieziono następnie do placówki medycznej. Według informacji przekazanych przez dowództwo 1. Korpusu Gwardii Narodowej „Azow” mieli oni obrażenia wymagające badań i konsultacji lekarskich. Władze wojskowe zapowiedziały sprawdzenie okoliczności ich powstania. To bardzo istotny szczegół, który dowodzi, że nie wszystkie informacje o nieprawidłowościach były zmyślone. Stan żołnierzy i sposób ich traktowania wymagały wyjaśnienia. Nie oznacza to jednak, że prawdziwe były rozpowszechniane w internecie opowieści o torturach, bezprawnym przetrzymywaniu czy śmierci człowieka. Zdementowała te informacje, a rodziny żołnierzy miały również możliwość zapoznania się z warunkami ich pobytu.
Należy jednak wyraźnie zaznaczyć, że sprawa nie zakończyła się na wyjaśnieniach dowództwa Gwardii Narodowej. 3 listopada Państwowe Biuro Śledcze Ukrainy poinformowało o wszczęciu odrębnego postępowania karnego. Śledczy mają zbadać między innymi warunki pobytu żołnierzy w budynku oraz informacje o ewentualnym stosowaniu wobec nich przymusu. Kontrolę dotyczącą przestrzegania praw wojskowych, zarówno osób zatrzymanych po samowolnym opuszczeniu jednostek, jak i nowo zmobilizowanych, rozpoczął również urząd ukraińskiego Rzecznika Praw Żołnierzy.
Ponad stu zidentyfikowanych uczestników
3 listopada zastępca szefa SBU Iwan Rudnycki poinformował podczas konferencji prasowej, że służby zidentyfikowały ponad 100 osób, które przebywały na miejscu zajść i brały udział w opisywanych wydarzeniach. Wobec części z nich przeprowadzano przeszukania, a śledczy rozważali zatrzymania i przedstawienie zarzutów. Według Rudnyckiego organizatorzy zajść zamierzali doprowadzić do bezprawnego wyprowadzenia jednego z żołnierzy Gwardii Narodowej z miejsca stacjonowania jednostki. W tym celu mieli właśnie wywołać gwałtowne zamieszki i oburzenie społeczne.
Fałszywa medyczka i płatny wspólnik
Najbardziej konkretne informacje przyniósł komunikat SBU z 4 listopada. Służba poinformowała o zatrzymaniu trzech osób podejrzanych o organizowanie prowokacji. Według ustaleń śledczych przygotowania rozpoczęły się już 30 października. Jedna z mieszkanek obwodu kijowskiego miała otrzymać od innej kobiety zlecenie wyprowadzenia żołnierza Gwardii Narodowej poza teren obiektu. Plan zakładał upozorowanie nagłej potrzeby udzielenia mu pomocy medycznej.
Kobieta miała podawać się za pracownicę służby zdrowia. Do realizacji planu zaangażowała również znajomego, który za wynagrodzenie zgodził się odegrać rolę ratownika medycznego. Jak się później okazało, wykorzystany samochód nie należał do żadnej placówki medycznej. Co szczególnie istotne, według SBU mężczyzna jeszcze przed zamieszkami przeprowadził rozpoznanie w pobliżu miejsca stacjonowania Gwardii Narodowej.
2 listopada kobieta pojawiła się w pobliżu obiektu i zaczęła publikować w mediach społecznościowych informacje mające wywołać społeczne oburzenie. Miało to doprowadzić do zgromadzenia ludzi i sprowokowania zamieszek.
Podczas przeglądania telefonu jednej z podejrzanych śledczy znaleźli korespondencję z innymi osobami, w której omawiano scenariusze akcji przeciwko ukraińskim żołnierzom. SBU poinformowała również o zatrzymaniu kolejnej kobiety, która aktywnie uczestniczyła w zajściach i nawoływała do blokowania oraz uszkodzenia autobusu Gwardii Narodowej.
Kobiety i dzieci na przedzie, za nimi tituszki
Jeszcze bardziej szczegółowy obraz przygotowań do zamieszek przedstawił 3 listopada ukraiński portal LIGA.net. Według rozmówcy portalu związanego ze służbami specjalnymi na miejsce zajść miało zostać przywiezionych co najmniej stu młodych mężczyzn. Inny informator przekazał, że grupa przeznaczona do działań siłowych była werbowana odpłatnie tydzień przed wydarzeniami. Z relacji rozmówców portalu wynika, że organizatorzy mieli stosować sprawdzony schemat działania: na czele zgromadzenia szły kobiety i dzieci, które miały krzyczeć i wywołać odpowiednie emocje, natomiast za nimi znajdowali się mężczyźni przygotowani do bardziej zdecydowanych działań. To właśnie do tej drugiej grupy informatorzy użyli znanego w Ukrainie określenia „tituszki”.
Podano również konkretne kwoty. Każdemu uczestnikowi akcji obiecywano wynagrodzenie w wysokości od 4000 do 4500 hrywien. Dodatkowe pieniądze miały przysługiwać osobom, które będą podburzać innych, wzywać służby porządkowe lub podejmować próby wtargnięcia na teren obiektu zajmowanego przez żołnierzy.
Jeżeli w toku śledztwa relacje te zostaną potwierdzone, będziemy mieli do czynienia z mechanizmem znacznie bardziej złożonym niż spontaniczne zgromadzenie niezadowolonych mieszkańców. Chodziłoby o takie przygotowanie całego wydarzenia, aby pod pozorem pokojowego protestu ukryć wcześniej przygotowaną grupę prowokatorów.
Tituszki – symbol prowokacji z czasów Janukowycza
Określenie „tituszki” nie jest określeniem przypadkowym. Na Ukrainie funkcjonuje od 2013 roku i ma bardzo konkretne historyczne znaczenie. Termin odnosił się początkowo do młodych mężczyzn o atletycznej budowie ciała, często ubranych w dresy, którzy byli wykorzystywani do prowokowania bójek, zastraszania demonstrantów i fizycznego rozbijania protestów skierowanych przeciwko ówczesnej władzy. Ich zadaniem było wywoływanie chaosu i przemocy, które następnie można było wykorzystać do przedstawiania protestujących w negatywnym świetle. Samo słowo pochodzi od nazwiska sportowca Wadima Tituszki, znanego pod pseudonimem Rumin.
Incydent, od którego rozpoczęła się historia tego określenia, miał miejsce 18 maja 2013 roku w Kijowie. Tego dnia odbywały się dwie równoległe manifestacje polityczne: opozycyjna akcja „Wstawaj, Ukraino!” na Placu Sofijskim oraz wiec Partii Regionów na Placu Europejskim. W pobliżu hotelu Intercontinental, przy ulicy Wielkiej Żytomirskiej, doszło do bójki między przedstawicielami opozycji a grupą młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Zdarzenie filmowali dziennikarze, którzy następnie zostali zaatakowani. Wśród zatrzymanych pod zarzutem napaści na przedstawicieli mediów znalazł się Wadim Tituszko. Zarzuty usłyszały również trzy inne osoby. We wrześniu 2013 roku zapadły wyroki pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem ich wykonania.
Określenie błyskawicznie zadomowiło się w ukraińskiej przestrzeni informacyjnej. Już w lipcu 2013 roku trafiło do internetowego słownika współczesnego języka ukraińskiego. Od tamtej pory oznacza nie tylko ulicznych chuliganów, ale przede wszystkim osoby wykorzystywane do organizowania prowokacji, zastraszania przeciwników i zakłócania pokojowych działań obywatelskich.
W przypadku zajść pod Kijowem istnieją przesłanki wskazujące na mechanizm przypominający działania tituszek. SBU twierdzi, że przynajmniej część osób została zaangażowana za pieniądze, przygotowano scenariusz prowokacji, przeprowadzono rozpoznanie obiektu, a następnie wykorzystano media społecznościowe do wywołania zamieszek.
Nie ma jednak podstaw, aby twierdzić, że wszyscy uczestnicy zajść byli opłaconymi prowokatorami. Nie wolno również utożsamiać wszystkich zidentyfikowanych przez SBU osób z organizatorami operacji. Można natomiast mówić o mechanizmie działania przypominającym metody znane Ukrainie jeszcze z czasów rządów Wiktora Janukowycza.
Rosyjski ślad? Kto korzysta na takim obrazie Ukrainy?
W całej sprawie szczególnie interesujący jest sposób wykorzystania mediów społecznościowych. Zanim doszło do zamieszek, zaczęły pojawiać się informacje o rzekomych torturach, bezprawnym przetrzymywaniu ludzi i śmierci jednego z mężczyzn. Treści te wywoływały emocje i zachęcały mieszkańców do interwencji.
Zastępca szefa SBU Iwan Rudnycki zwrócił uwagę na manipulacyjny charakter rozpowszechnianych informacji. Ukraińskie służby analizowały również sposób ich dystrybucji. Według relacji medialnych część przekazów dotyczących wydarzeń była intensywnie rozpowszechniana przez rosyjskie kanały informacyjne.
Interesujące ustalenia w tej sprawie przedstawiło Radio Swoboda. Ekspert do spraw wojen informacyjnych Dmytro Zołotuchin zwrócił uwagę, że już około godziny 13:30 informacje o wydarzeniach zaczęła rozpowszechniać duża liczba popularnych kanałów Telegramu. Jego zdaniem skala nagłośnienia była nieproporcjonalna do początkowej rangi wydarzenia. Zwrócił również uwagę na dużą liczbę komentarzy noszących znamiona aktywności botów. Z kolei wojskowy Serhij Hniezdiłow poinformował, że wiadomość o rzekomej katowni w Petropawliwskiej Borszczahiwce otrzymał już 1 listopada, a więc dzień przed wybuchem zamieszek.
Dodatkowe kontrowersje wywołała sprawa 14-letniego chłopca, który pojawił się na terenie obiektu. Według informacji ukraińskich mediów nastolatek miał dostać się tam po lekcjach, wspinając się przez ogrodzenie. W trakcie zamieszania został ranny i trafił do szpitala. Sprawa nabrała dodatkowego rozgłosu po tym, jak chłopiec i jego rodzice zostali wpisani do bazy ukraińskiego portalu Myrotworec. Przypisano im udział w działaniach przeciwko ukraińskim żołnierzom. Wpis wywołał kontrowersje, szczególnie ze względu na wiek nastolatka i brak prawomocnego rozstrzygnięcia jego ewentualnej odpowiedzialności. Warto podkreślić, że Myrotworec nie jest organem państwowym ani sądem, a umieszczenie kogoś w jego bazie nie stanowi dowodu popełnienia przestępstwa.
Rosja i walka o wizerunek Ukrainy
Powyższe ustalenia nie oznaczają automatycznie, że rosyjskie służby zleciły i sfinansowały całą operację. Na dzień 4 listopada nie przedstawiono publicznie dowodów pozwalających jednoznacznie to potwierdzić. Nie można jednak pomijać pytania o to, kto i w jakim celu mógł przygotować podobną prowokację oraz komu jej skutki mogą przynieść największe korzyści.
Do rosyjskiego kontekstu tych wydarzeń odniósł się również minister spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Sybiha. Stwierdził, że za nagłaśnianiem prowokacji stoi przeciwnik, który próbuje wykorzystać istniejące problemy wewnętrzne Ukrainy do destabilizowania sytuacji na jej zapleczu. Podobną możliwość zewnętrznego oddziaływania wskazywał wcześniej szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow.
Wypowiedzi te wzmacniają podejrzenia dotyczące rosyjskiego udziału Kremla w prowokacjach pod Kijowem. Rosja od dawna prowadzi przecież działania informacyjne mające podważać wiarygodność Ukrainy i osłabiać poparcie dla niej w państwach zachodnich. Obraz Ukrainy jako państwa, w którym rzekomo torturuje się ludzi, bezprawnie pozbawia ich wolności i stosuje przemoc wobec własnych obywateli, doskonale wpisuje się w tę narrację. Taki przekaz jest szczególnie użyteczny w krajach, których społeczeństwa wspierają Ukrainę i finansują pomoc dla niej. Ma on na celu wzbudzenie wątpliwości, osłabienie zaufania do ukraińskich instytucji, a w konsekwencji dostarczyć argumentów przeciwnikom dalszego wsparcia.
Nie wszystkie informacje o nadużyciach w ukraińskich strukturach wojskowych muszą oznaczać rosyjską dezinformację. Rzeczywiste przypadki łamania prawa muszą być wyjaśniane, a osoby odpowiedzialne powinny ponosić konsekwencje. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojedyncze zdarzenia stają się pretekstem do podważania wiarygodności całego państwa. Rosja nie musi bowiem samodzielnie tworzyć każdego kryzysu. Czasami wystarczy, że potrafi wykorzystać istniejące problemy, podsycić emocje i odpowiednio nagłośnić wydarzenia, które stawiają Ukrainę w złym świetle. W tym przypadku kolejny raz osiągnęła zamierzony cel.
Osiem lat więzienia i dalsze śledztwo
4 listopada SBU poinformowała o zatrzymaniu trzech osób i przedstawieniu im zarzutów. Dotyczą one utrudniania działalności Sił Zbrojnych Ukrainy oraz nieuprawnionego rozpowszechniania informacji o rozmieszczeniu ukraińskich formacji wojskowych w warunkach stanu wojennego. Za zarzucane czyny grozi do ośmiu lat pozbawienia wolności. Śledczy wystąpili do sądu z wnioskami o zastosowanie tymczasowego aresztowania. Zapowiedziano również dalsze działania wobec pozostałych osób uczestniczących w prowokacji. Są to na razie zarzuty, a nie prawomocne wyroki.
Jeszcze 4 listopada pojawiła się informacja o decyzji Sądu Rejonowego w Kijowie, w dzielnicy sołomiańskiej, który zastosował wobec Walentyny Mołodej – kobiety występującej podczas zajść w roli medyczki, która rozpowszechniała w internecie informacje o rzekomym przetrzymywaniu i torturowaniu żołnierzy – tymczasowe aresztowanie na 60 dni, bez możliwości wpłacenia kaucji. Mołoda przedstawiała się jako pracownica służby zdrowia, a samochód, którym przyjechała na miejsce, miał oznaczenia nieczynnej już placówki medycznej. Areszt ma obowiązywać do 2 stycznia 2027 roku. Tego samego dnia prokuratura obwodu kijowskiego poinformowała, że sąd zdecydował również o aresztowaniu drugiej podejrzanej kobiety, bez możliwości wpłacenia kaucji. Według ustaleń śledczych miała ona zainicjować blokowanie budynku wojskowego i angażować w tę akcję inne osoby, chcąc doprowadzić do opuszczenia jednostki przez znajomego żołnierza.
Prowokacja, dezinformacja i walka o wizerunek Ukrainy
Wydarzenia w Petropawliwskiej Borszczahiwce pokazują, jak łatwo można wykorzystać istniejące napięcia społeczne do wywołania poważnego konfliktu. Nie trzeba wymyślać problemów od podstaw. Wystarczy znaleźć rzeczywisty temat budzący emocje, przedstawić go w odpowiednio zmanipulowany sposób, zaangażować kilka osób i doprowadzić do sytuacji, w której spontaniczna reakcja tłumu staje się elementem wcześniej przygotowanego scenariusza.
W Ukrainie mobilizacja jest tematem szczególnie wrażliwym. Zdarzają się przypadki nadużyć ze strony przedstawicieli struktur odpowiedzialnych za pobór, istnieją problemy związane z traktowaniem żołnierzy, a rodziny, co nie powinno nikogo dziwić, mają prawo domagać się informacji o swoich bliskich.
Czy osoby zaangażowane w wydarzenia pod Kijowem można nazwać współczesnymi tituszkami?
Mechanizm działania części z nich rzeczywiście przypomina metody stosowane przez wynajmowanych prowokatorów z czasów Janukowycza. Czy za całą operacją stała jednak Rosja? Na to pytanie ukraińskie śledztwo musi przynieść odpowiedź.
Jedno jest pewne: wojna informacyjna dosyć często zaczyna się na ulicy, od starannie przygotowanej prowokacji, której skutki wykraczają daleko poza miejsce zdarzenia. Nie zawsze rozpoczyna się od fałszywego komunikatu opublikowanego portale informacyjne działające na zlecenie Kremla. Wystarczy bowiem, że obraz Ukrainy jako państwa, w którym rzekomo torturuje się ludzi, bezprawnie pozbawia ich wolności i stosuje przemoc wobec własnych obywateli, zacznie żyć własnym życiem w mediach społecznościowych. Nie ma przy tym większego znaczenia, czy wszystkie rozpowszechniane informacje okażą się prawdziwe. Liczy się pierwsze wrażenie, emocje i zasięg, jaki osiągnie taki przekaz. Nawet jeśli później pojawią się sprostowania, wyjaśnienia służb i wyniki śledztwa, pierwotna historia może już funkcjonować jako rzekomy dowód na brutalność ukraińskiego państwa.
Wydarzenia pod Kijowem pokazują jednak, że problem nie kończy się na samej prowokacji. Równie ważne jest to, co dzieje się później. Wpisanie 14-letniego chłopca i jego rodziców do bazy Myrotworca, niezależnie od okoliczności i intencji osób odpowiedzialnych za tę decyzję, dostarczyło kolejnego materiału do krytyki Ukrainy. W ten sposób wydarzenie, którego okoliczności wciąż wymagają wyjaśnienia, zaczęło rodzić następne kontrowersje. To właśnie takie sytuacje mogą być później wykorzystywane przez rosyjską propagandę do budowania przekazu o chaosie, bezprawiu i braku poszanowania praw człowieka w Ukrainie.
Rosji wystarczy, że Ukraina sama dostarczy przeciwnikom argumentów, a rosyjska machina propagandowa odpowiednio je nagłośni i wykorzysta. Dlatego walka z dezinformacją nie polega wyłącznie na demaskowaniu rosyjskich kłamstw. Wymaga również rzetelnego wyjaśniania rzeczywistych nadużyć. Bo w wojnie informacyjnej wiarygodność jest równie ważna jak umiejętność rozpoznawania propagandy przeciwnika.
Źródła: Portal SBU – SBU zidentyfikowało ponad 100 osób biorących udział w starciach w Petropawliwskiej Borszczahiwce; Glavcom – SBU zatrzymała trzech organizatorów zamieszek w Petropawliwskiej Borszczahiwce; Liga.net – “Na przodzie kobiety i dzieci, a potem tytuszki”. Źródła: zamieszki na Borszczahiwce były zaplanowane; Detector.media – Termin “tituszki” zaczął być używany przez zachodnie media; Gazeta.ua – Jak nazwisko Wadima Tituszki stało się znane na całym świecie; Ukrinform – Sąd zastosował wobec uczestniczki starć w Petropawliwskiej Borszczahiwce areszt; Armyinform – Bez prawa do kaucji: dwóch podejrzanych o zamieszki w Petropawliwskiej Borszczahiwce aresztowano, prokuratura ujawniła nowe szczegóły; Radio Svoboda – Nowe fakty i chronologia przebiegu wydarzeń w Petropawliwskiej Borszczahiwce; Państwowe Biuro Śledcze Ukrainy – Państwowe Biuro Śledcze rozpoczęło postępowanie karne w sprawie wydarzeń w Petropawliwskiej Borszczahiwce w obwodzie kijowskim

Dziennikarz, felietonista, autor książek o Ukrainie, przewodnik i komentator wydarzeń związanych z Ukrainą oraz relacjami polsko-ukraińskimi.
Certyfikowany przewodnik po Odessie, odeskich katakumbach, ukraińskiej Besarabii i Kijowie. Autor licznych publikacji poświęconych historii, kulturze i współczesności Ukrainy, z których część została przetłumaczona na język ukraiński i wydana na Ukrainie. W 2020 roku otrzymał z rąk mera Odessy honorowy tytuł ambasadora miasta w Polsce.
24 lutego 2022 roku, w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, przebywał w Odessie. Pozostał tam przez kolejne miesiące, angażując się w koordynację pomocy humanitarnej i relacjonując przebieg wojny dla polskich mediów. Swoje doświadczenia z tego okresu opisał w książce „Odessa 4.5.0.”.
W Nowinach Wschodnich publikuje artykuły i komentarze dotyczące wojny rosyjsko-ukraińskiej, rosyjskiej propagandy i dezinformacji, historii Ukrainy, ze szczególnym uwzględnieniem Odessy, a także relacji polsko-ukraińskich i zmieniających się nastrojów społecznych.
Współpracuje z ukraińskimi redakcjami i portalami informacyjnymi, a także występuje w polskich mediach jako komentator spraw ukraińskich.
Co sądzisz o tym materiale?
Dołącz do rozmowy. Komentarze powinny odnosić się do tematu artykułu.
Napisz komentarz