Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z marca 2025 roku miał pomóc w rozliczeniu tragicznych wydarzeń w Odessie. Dla części komentujących w Polsce stał się jednak kolejnym pretekstem do powielania rosyjskiej propagandy. Z orzeczenia, które wskazuje zarówno na poważne zaniedbania ukraińskich władz, jak i na rolę rosyjskiej propagandy w podsycaniu napięć, wybierają oni wyłącznie te fragmenty, które pozwalają przedstawić Ukrainę jako państwo odpowiedzialne za celowe mordowanie własnych obywateli. Pomijają przy tym kontekst wydarzeń, ofiary po obu stronach konfliktu oraz fakt, że Rosja już w 2014 roku prowadziła działania zmierzające do destabilizacji południa Ukrainy.

5 000 zł
Dwanaście lat po tragedii, która rozegrała się 2 maja 2014 roku w Odessie, tamte wydarzenia nadal są wykorzystywane w wojnie informacyjnej. Początkowo dyskusja dotyczyła konieczności ustalenia prawdy, wyjaśnienia okoliczności śmierci kilkudziesięciu osób i wskazania odpowiedzialnych za zaniedbania. Z czasem jednak część tej dyskusji przekształciła się w nieuczciwą manipulację, w której fakty ustępują miejsca emocjonalnym hasłom, a pytania o odpowiedzialność konkretnych osób zastępuje się oskarżeniami wobec całej Ukrainy. Wystarczy przeczytać komentarze pod publikacjami poświęconymi Odessie, by zobaczyć, jak często wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPC) jest przedstawiany w sposób niezgodny z jego rzeczywistym znaczeniem.
Problem nie polega na tym, że ktoś przypomina o odpowiedzialności ukraińskich instytucji. Przeciwnie, zaniedbania państwa, błędy służb i nieskuteczność śledztwa powinny być przedmiotem rzetelnej dyskusji. Problem zaczyna się wtedy, gdy z ustaleń dotyczących niewypełnienia obowiązku ochrony życia wyprowadza się wnioski o zaplanowanej zbrodni, celowym spaleniu ludzi czy rzekomym ludobójstwie etnicznych Rosjan. Takie twierdzenia wymagają dowodów. Nie można ich zastępować emocjonalnymi interpretacjami wyroku.
Co rzeczywiście orzekł Trybunał?
13 marca 2025 roku ETPC wydał orzeczenie dotyczące wydarzeń z 2 maja 2014 roku w Odessie. Trybunał stwierdził naruszenie przez Ukrainę artykułu 2 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, gwarantującego prawo do życia. Wskazał na poważne zaniedbania władz, w tym niewystarczające działania mające zapobiec eskalacji przemocy, nieodpowiednią reakcję służb ratunkowych oraz nieskuteczność prowadzonego później śledztwa.
Zginęło wówczas 46 osób, a dwie kolejne zmarły później w szpitalu. Tragedia rozegrała się w trakcie gwałtownych starć pomiędzy zwolennikami Euromajdanu i Antymajdanu. Część ofiar poniosła śmierć podczas walk ulicznych, a 42 osoby zginęły w budynku Związków Zawodowych, w którym wybuchł pożar.
Trybunał zwrócił uwagę na to, że odpowiednio szybka i skuteczna reakcja ukraińskich służb mogła zapobiec części ofiar albo ograniczyć ich liczbę. Podkreślił również nieprawidłowości w działaniach policji i straży pożarnej oraz braki w postępowaniu wyjaśniającym okoliczności tragedii.
Ukrainę zobowiązano do wypłaty 15 tysięcy euro rodzinom każdej z ofiar oraz 12 tysięcy euro trzem osobom, które przeżyły pożar, ale doznały poważnych poparzeń. Odszkodowania wiążą się z odpowiedzialnością państwa za niewypełnienie obowiązków wynikających z prawa do życia. Nie oznaczają natomiast, że Trybunał uznał ukraińskie władze za organizatorów pożaru lub stwierdził, że wydano rozkaz zabicia ludzi.
To rozróżnienie jest fundamentalne. Państwo może ponosić odpowiedzialność za śmierć ludzi, ponieważ nie zapewniło im odpowiedniej ochrony, nie zareagowało na czas albo nie przeprowadziło skutecznego śledztwa. Nie jest to jednak równoznaczne z udowodnieniem, że samo zaplanowało zbrodnię. ETPC nie stwierdził również, że ukraińskie władze świadomie niszczyły dowody, aby ukryć własny udział w tragedii. Wskazane nieprawidłowości i nieskuteczność śledztwa nie uprawniają do dopisywania do wyroku ustaleń, których w nim nie ma.
Co równie istotne, Trybunał zwrócił uwagę na rolę rosyjskiej propagandy w podsycaniu napięć i destabilizowaniu sytuacji w Odessie. Ten element orzeczenia jest szczególnie niewygodny dla osób, które chciałyby wykorzystać wyrok wyłącznie do oskarżania Ukrainy. W ich interpretacjach często znika, jak gdyby w ogóle nie istniał.

„48 etnicznych Rosjan spalonych przez ukraińskich nacjonalistów”
To jeden z najbardziej rozpowszechnionych i zarazem najbardziej manipulacyjnych przekazów dotyczących wydarzeń w Odessie. Ma wywołać skojarzenie z prześladowaniem Rosjan ze względu na pochodzenie, a następnie przedstawić rosyjską agresję jako działanie podejmowane w obronie zagrożonej ludności.
Tyle że ETPC nie stwierdził, iż wszystkie ofiary były etnicznymi Rosjanami zamordowanymi przez ukraińskich nacjonalistów. Uczestnicy wydarzeń reprezentowali przeciwne obozy polityczne, a ofiary pochodziły z obu stron konfliktu. Wśród zabitych byli obywatele Ukrainy, w tym osoby rosyjskojęzyczne. Mówienie po rosyjsku nie oznacza automatycznie rosyjskiej narodowości, podobnie jak popieranie określonej opcji politycznej nie przesądza o etnicznej tożsamości człowieka. ETPC wyraźnie zaprzecza tej tezie, a jej powielanie oznacza świadome wprowadzanie w błąd.
Równie manipulacyjne jest twierdzenie, że 48 osób zostało spalonych żywcem. Wydarzenia z 2 maja zakończyły się śmiercią 48 osób, ale nie wszystkie zginęły w pożarze. Czterdzieści sześć osób poniosło śmierć tego dnia, a dwie kolejne zmarły później w szpitalu. W budynku Związków Zawodowych zginęły 42 osoby. Zastępowanie tych ustaleń jednym dramatycznym hasłem nie służy poznaniu prawdy, lecz wzmacnianiu i eskalacji emocji.
Podobnie należy ocenić twierdzenia, że ETPC potwierdził celowe działanie władz Ukrainy, świadome podpalenie budynku lub umyślne zacieranie śladów. To oczywiste kłamstwo. Trybunał stwierdził zaniedbania państwa i nieprawidłowości w działaniach służb. Nie jest to równoznaczne z ustaleniem, że pożar został zaplanowany przez ukraińskie władze albo że istniał rozkaz spalenia ludzi. Nie stwierdził również, że władze lokalne świadomie niszczyły dowody. Właśnie na tym polega manipulacja: rzeczywiste ustalenia dotyczące zaniedbań zostają połączone z nieudowodnionymi oskarżeniami o zbrodnicze zamiary. Trybunał wskazał nieprawidłowości w śledztwie, chaos, brak profesjonalizmu. Nie padło stwierdzenie o umyślnym zacieraniu śladów.

Odessa przed tragedią: próba destabilizacji miasta
Aby zrozumieć wydarzenia z 2 maja 2014 roku, nie można ograniczać się do kilku godzin spędzonych na Kulikowym Polu. Konieczne jest uwzględnienie sytuacji politycznej na Ukrainie i wcześniejszych wydarzeń w samej Odessie.
Był to okres, w którym Rosja rozpoczęła już operację wojskową prowadzącą do zajęcia Krymu i jego nielegalnej aneksji. W różnych częściach Ukrainy podejmowano próby tworzenia struktur separatystycznych, które miały doprowadzić do oderwania kolejnych regionów od państwa. Odessa, strategiczny port i jedno z najważniejszych miast południowej Ukrainy, również znalazła się w centrum tych działań.
Przez kilka miesięcy na Kulikowym Polu funkcjonowało miasteczko namiotowe zwolenników Antymajdanu. Pojawiały się tam rosyjskie flagi i wstążki św. Jerzego, a podczas zgromadzeń wznoszono hasła wzywające Rosję do interwencji, między innymi „Rosjo, przyjdź!” i „Putin, wprowadź wojska!”. Działalność części prorosyjskich aktywistów wpisywała się w szerszą próbę destabilizacji Ukrainy i przekształcenia regionu w kolejną separatystyczną pseudorepublikę.
Nie oznacza to, że każdy uczestnik Antymajdanu był rosyjskim agentem ani że wszystkie osoby zgromadzone na Kulikowym Polu miały identyczne motywacje. Oznacza natomiast, że wydarzeń tych nie wolno wyrywać z kontekstu ówczesnej rosyjskiej polityki wobec Ukrainy.
2 maja doszło do starć jeszcze w centrum miasta. Wśród prorosyjskich aktywistów szczególną rolę odgrywał Siergiej Dołżenkow, znany również jako „Kapitan Kakao”, który stał na czele tej grupy. Według przedstawionego przebiegu wydarzeń to właśnie prorosyjscy aktywiści zaatakowali proukraiński marsz. W centrum Odessy pojawiły się pierwsze ofiary śmiertelne, zanim doszło do pożaru budynku Związków Zawodowych.
Ten fakt ma zasadnicze znaczenie. Przemoc nie rozpoczęła się od pożaru na Kulikowym Polu. Wcześniej doszło do gwałtownych starć, w których uczestnicy obu obozów stosowali przemoc, a ofiary śmiertelne pojawiły się po obu stronach konfliktu. Pomijanie tego etapu tworzy fałszywy obraz wydarzeń, w którym jedna grupa występuje wyłącznie jako bezbronna ofiara, a druga jako pozbawiony jakichkolwiek motywów sprawca.
Po starciach w centrum miasta tłum udał się na Kulikowe Pole, gdzie znajdował się obóz Antymajdanu. Doszło tam do kolejnych gwałtownych zajść, strzelaniny, rzucania koktajli Mołotowa i szturmu na budynek Związków Zawodowych. Obie strony używały materiałów zapalających. Nie jest więc prawdą, że mieliśmy do czynienia z pokojowym zgromadzeniem, które bez żadnego wcześniejszego kontekstu zostało zaatakowane przez ukraińskich nacjonalistów.
Nieprawdziwa jest również rozpowszechniana w rosyjskiej propagandzie opowieść, że aktywistów Antymajdanu siłą zapędzono do budynku i zamknięto w nim, aby ich spalić. Według przedstawionego przebiegu wydarzeń weszli oni do środka około pół godziny przed przybyciem tłumu na Kulikowe Pole. Podjęto również decyzję o obronie obozu. Ktoś miał nawet stwierdzić: „To będzie nasza Twierdza Brzeska, nie opuścimy jej aż do śmierci!”. Mieli więc czas, aby opuścić plac, ale zdecydowali się pozostać i bronić obozu. Nie oznacza to, że późniejsza śmierć tych osób była mniej tragiczna ani że ktokolwiek tracił prawo do ratunku. Oznacza natomiast, że opowieść o ludziach siłą zapędzonych do budynku nie odpowiada opisywanemu przebiegowi zdarzeń.
Jak wybuchł pożar?
Według ustaleń specjalistów główne ognisko pożaru znajdowało się dwa metry za lewymi drzwiami centralnego wejścia budynku Związków Zawodowych. Powstało najprawdopodobniej w wyniku rzucania przez uczestników konfliktu butelkami zawierającymi substancje łatwopalne lub przygotowywania mieszanek zapalających typu koktajl Mołotowa w budynku i jego bezpośrednim sąsiedztwie. Na podstawie uzyskanych fragmentów wideo i relacji naocznych świadków eksperci ustalili, że jeden z koktajli Mołotowa został rzucony przez któregoś ze zwolenników Antymajdanu wewnątrz budynku. Na podstawie zebranych materiałów nie można jednak stwierdzić definitywnie, kto dokładnie był winien wystąpienia pożaru.
Nie zmienia to faktu, że po wybuchu pożaru ludzie znajdujący się w środku znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie i potrzebowali natychmiastowej pomocy. Część osób próbowała gasić ogień za pomocą gaśnic. Gdyby działał standardowy system przeciwpożarowy, w tym hydranty z wodą, być może udałoby się opanować pożar na jego początkowym etapie. W hydrantach jednak nie było wody.
Krytyczna faza pożaru, podczas której ludzie wyskakiwali z okien, miała rozpocząć się gwałtownie i trwać zaledwie dwie-trzy minuty. Osoby zgromadzone na placu podejmowały próby ratowania ludzi, narażając przy tym własne życie. Z okien i dachu budynku miały jednak nadal spadać kamienie, butelki i inne niebezpieczne przedmioty, co stwarzało zagrożenie dla ratujących.
Według materiałów przywoływanych w analizie wydarzeń nagrania wideo, zeznania świadków oraz protokoły przesłuchań kierowców wozów strażackich i ratowników nie potwierdzają, by tłum na placu uniemożliwiał strażakom prowadzenie akcji. To istotne, ponieważ w obiegu informacyjnym pojawiały się również twierdzenia, że służby nie mogły interweniować z powodu działań osób zgromadzonych na Kulikowym Polu. Najpoważniejsze pytania dotyczą jednak czasu przyjazdu straży pożarnej.

Czterdzieści minut oczekiwania na pomoc
Jednostka straży pożarnej znajdowała się w odległości około 500 metrów od budynku Związków Zawodowych, a mimo to wozy ratowniczo-gaśnicze dotarły na miejsce dopiero po około czterdziestu minutach. Wydarzenia te od początku rodziły poważne wątpliwości co do sposobu działania służb i decyzji ich dowództwa.
Według ustaleń śledztwa Władimir Bodelan, ówczesny szef obwodowego zarządu Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych, przebywał od około godziny 19.30 na Kulikowym Polu i był bezpośrednim świadkiem rozprzestrzeniania się pożaru. Około 19.50 osoby próbujące ratować zagrożonych zaczęły mu grozić, widząc jego bezczynność. Około 19.55 Bodelan miał telefonicznie wydać polecenie wysłania do gaszenia pożaru tylko jednej jednostki, co według śledczych stanowiło kolejne naruszenie obowiązujących zasad.
W ocenie śledczych spóźnione wysłanie i przybycie jednostek ratowniczo-gaśniczych uniemożliwiło szybką likwidację pożaru oraz ewakuację osób znajdujących się w bezpośrednim zagrożeniu życia. Gdyby strażacy podjęli natychmiastowe działania, część osób, które zginęły w budynku, mogłaby przeżyć. Również osoby, które zmarły wskutek zatrucia tlenkiem węgla, miały szanse na uratowanie, gdyby odpowiednio szybko rozpoczęto akcję ratunkową i reanimację.
To właśnie w takich zaniedbaniach należy szukać jednego z najważniejszych wymiarów odpowiedzialności państwa za tragedię. Nie potrzeba teorii o tajnym rozkazie spalenia ludzi, aby uznać, że zaniechania służb mogły mieć tragiczne konsekwencje. Wystarczy rzetelnie przeanalizować decyzje podejmowane w czasie, gdy można było jeszcze ratować ludzkie życie.
Warto przy tym odnotować, że kilka lat po wydarzeniach Władimir Bodelan otrzymał obywatelstwo rosyjskie i pracował na okupowanym przez Rosję Krymie. Sam ten fakt nie zastępuje dowodów dotyczących jego odpowiedzialności za opóźnienie akcji ratunkowej, ale stanowi istotny element jego późniejszej biografii, o którym warto pamiętać, analizując całą sprawę.
Milicja, która nie zapewniła bezpieczeństwa
Odpowiedzialność za tragedię nie ogranicza się do działań straży pożarnej. Poważne zastrzeżenia dotyczą również policji, ówczesnej milicji oraz żołnierzy Wojsk Wewnętrznych.
Milicja nie zapewniła odpowiednich warunków bezpieczeństwa podczas przemarszu dwóch przeciwnych manifestacji przez miasto. Nie zdołała skutecznie zapobiec eskalacji przemocy, choć wcześniejsze wydarzenia wskazywały, że konfrontacja między zwolennikami Euromajdanu i Antymajdanu jest realnym zagrożeniem. Wzajemna nienawiść i radykalizacja uczestników starć nie usprawiedliwiają bierności służb, które miały obowiązek chronić życie i zdrowie ludzi.
Aby właściwie ocenić te zaniedbania, należy pamiętać o stanie ukraińskiej milicji w 2014 roku. Była instytucją skorumpowaną i zdemoralizowaną, a po wydarzeniach w Kijowie w styczniu i lutym społeczeństwo, w tym również funkcjonariusze, było głęboko podzielone. Wielu milicjantów negatywnie zareagowało na zmianę władzy i nie sympatyzowało z Euromajdanem. Ten kontekst nie zwalnia funkcjonariuszy z odpowiedzialności, ale pomaga zrozumieć, dlaczego reakcja państwa była tak nieskuteczna.
ETPC słusznie zwrócił uwagę na zaniedbania ukraińskich instytucji. Nie ma żadnego powodu, aby je usprawiedliwiać tylko dlatego, że Ukraina padła ofiarą rosyjskiej agresji. Rzetelna ocena historii wymaga jednak jednoczesnego uwzględnienia odpowiedzialności państwa za ochronę życia oraz działań tych, którzy doprowadzili do eskalacji konfliktu. Jedno nie wyklucza drugiego.

Rosja, która nie chciała wyjaśnienia tragedii
Szczególnie znamienne jest to, jak niewiele miejsca w rosyjskich opowieściach o Odessie zajmuje sama Rosja. W przekazach skoncentrowanych na oskarżaniu Ukrainy niemal całkowicie pomija się działania prorosyjskich separatystów, wcześniejsze starcia, sytuację na Krymie oraz rolę rosyjskiej propagandy w podsycaniu napięć.
Tymczasem Moskwa nie ograniczała się do komentowania wydarzeń. Jedną z najważniejszych postaci objętych śledztwem był Dmitrij Fuchedzhi, były zastępca naczelnika Głównego Zarządu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych obwodu odeskiego. Rosja udzieliła mu schronienia, przyznała obywatelstwo i odmówiła wydania go Ukrainie, powołując się na posiadane przez niego rosyjskie obywatelstwo. W rezultacie ukraińskie organy ścigania nie mogły doprowadzić do jego rozliczenia przed własnym wymiarem sprawiedliwości.
Nie jest to zachowanie, które pozwala przedstawiać Rosję jako państwo bezstronnie zainteresowane poznaniem prawdy o wydarzeniach w Odessie. Jeżeli Moskwa rzeczywiście chciałaby pełnego wyjaśnienia odpowiedzialności wszystkich osób zaangażowanych w tragedię, utrudnianie postępowania wobec jednego z głównych podejrzanych powinno budzić poważne wątpliwości.
W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera wskazanie przez ETPC roli rosyjskiej propagandy w podsycaniu napięć i destabilizacji miasta. Nie chodzi o to, aby odpowiedzialność Rosji wykorzystywać do unieważniania odpowiedzialności ukraińskich instytucji. Chodzi o to, by nie usuwać z obrazu wydarzeń elementu, który jest niezbędny do ich zrozumienia.
Od Odessy do pełnoskalowej inwazji
Wydarzenia z 2 maja 2014 roku należy rozpatrywać jako część szerszego kryzysu ukraińskiej państwowości. Kilka miesięcy wcześniej Rosja zajęła Krym, a następnie rozpoczęła działania prowadzące do destabilizacji wschodniej Ukrainy. W różnych regionach próbowano tworzyć struktury separatystyczne, których celem było oderwanie kolejnych terytoriów od Ukrainy.
Odessa miała w tym planie szczególne znaczenie. Utrata kontroli nad miastem mogłaby doprowadzić do dalszego osłabienia państwa, odcięcia ważnego portu i poważnego zagrożenia dla południa kraju. Z perspektywy Kijowa była to walka nie tylko o bezpieczeństwo mieszkańców jednego miasta, lecz także o zachowanie integralności terytorialnej Ukrainy.
Wydarzenia te ujawniły również, że ukraińscy patrioci nie byli wyłącznie osobami posługującymi się językiem ukraińskim. W obronie ukraińskiej państwowości stawali również rosyjskojęzyczni obywatele kraju. To ważny kontrargument wobec ideologii „ruskiego miru”, według której rosyjskojęzyczna ludność Ukrainy miałaby naturalnie i masowo opowiadać się za podporządkowaniem Rosji.
Odessa pokazała, że język nie przesądza o lojalności politycznej, a rosyjskojęzyczny mieszkaniec Ukrainy nie musi uważać Rosji za swoją ojczyznę ani akceptować jej imperialnych ambicji.
W lutym 2022 roku Władimir Putin rozpoczął pełnoskalową inwazję na Ukrainę, wykorzystując między innymi fałszywe opowieści o prześladowaniu rosyjskojęzycznej ludności i rzekomych zbrodniach ukraińskich nacjonalistów. Wydarzenia odeskiej tragedii stały się jednym z elementów tego propagandowego obrazu. Dlatego manipulowanie nimi nie jest niewinnym sporem o interpretację historii. Wpisuje się w narrację, która pomagała usprawiedliwiać agresję i przedstawiać Ukrainę jako państwo wymagające rosyjskiej interwencji.

Emocje zamiast faktów
W Odessie doszło do gwałtownych starć ulicznych, śmierci ludzi po obu stronach konfliktu, pożaru oraz poważnych zaniechań ze strony państwa. Są to fakty wystarczająco tragiczne, aby nie trzeba było wzmacniać ich przez nieudowodnione oskarżenia o ludobójstwo.
Podobnie działają sformułowania o „ukraińskich nacjonalistach”, którzy rzekomo spalili 48 etnicznych Rosjan. To nie neutralny opis wydarzeń, lecz gotowy schemat propagandowy, który od lat funkcjonuje w rosyjskiej wojnie informacyjnej. Ma wywołać obraz przemocy etnicznej, przedstawić Ukrainę jako państwo zbrodnicze i uzasadnić rosyjskie roszczenia do występowania w roli obrońcy Rosjan poza granicami Federacji Rosyjskiej.
Selektywne cytowanie wyroku ETPC doskonale wpisuje się w ten mechanizm. Z orzeczenia wybiera się zaniedbania ukraińskich władz, ale pomija rosyjską propagandę. Przypomina się o ofiarach pożaru, ale przemilcza wcześniejsze ofiary śmiertelne w centrum miasta. Mówi się o odpowiedzialności Ukrainy, ale usuwa z obrazu działania prorosyjskich aktywistów i sytuację geopolityczną, w której doszło do tragedii.
W ten sposób dochodzi do odwrócenia ról: Rosja, która prowadziła działania zmierzające do destabilizacji Ukrainy, znika z opowieści, a państwo broniące swojej integralności terytorialnej zostaje przedstawione jako jedyny sprawca i oprawca.
Wyrok nie jest usprawiedliwieniem dla propagandy
Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka powinien być okazją do ponownej, rzetelnej analizy wydarzeń z 2 maja 2014 roku. Powinien skłaniać do pytań o odpowiedzialność policji, decyzje dowództwa straży pożarnej, nieskuteczność śledztwa oraz to, dlaczego państwo nie zdołało ochronić życia ludzi. Nie powinien natomiast służyć do rozpowszechniania twierdzeń, których Trybunał nie potwierdził.
Nie ma sprzeczności pomiędzy uznaniem odpowiedzialności ukraińskich służb a wskazaniem roli Rosji w destabilizacji sytuacji. Można i należy potępiać zaniedbania ukraińskich instytucji, nie przyjmując jednocześnie rosyjskiej wersji historii. Można pamiętać o wszystkich ofiarach, nie przypisując im zbiorowo jednej narodowości ani nie fałszując okoliczności ich śmierci.
Najważniejsze jest jednak to, by nie pozwolić, aby tragedia została ponownie wykorzystana do celów politycznych. W 2014 roku propaganda towarzyszyła działaniom destabilizującym Ukrainę. W 2022 roku podobne opowieści służyły usprawiedliwianiu pełnoskalowej inwazji. Dzisiaj te same schematy wracają w polskich mediach społecznościowych, często powielane bez sprawdzenia źródeł, bez przeczytania całego orzeczenia i bez najmniejszej próby zrozumienia kontekstu.
Nie każdy, kto bezrefleksyjnie powtarza rosyjskie argumenty, musi świadomie działać na rzecz Kremla. Skutek pozostaje jednak podobny: wzmacnia się przekaz, którego celem jest zdyskredytowanie Ukrainy, podsycanie niechęci do Ukraińców i usprawiedliwianie rosyjskiej agresji. Dlatego odpowiedzialność za słowo nie kończy się na udostępnieniu sensacyjnego wpisu. Zaczyna się od sprawdzenia, czy przywoływany wyrok rzeczywiście mówi to, co przypisuje mu autor.
Prawda o Odessie nie wymaga ani wybielania ukraińskich władz, ani powielania rosyjskiej propagandy. Wymaga uwzględnienia wszystkich istotnych faktów, uznania cierpienia ofiar i wskazania odpowiedzialnych za konkretne zaniedbania oraz działania. Wymaga również pamięci o tym, że rosyjska wojna przeciwko Ukrainie nie zaczęła się w lutym 2022 roku, a tragedia odeska była jednym z dramatycznych epizodów kryzysu, który Rosja aktywnie pogłębiała.
Dwanaście lat po 2 maja 2014 roku nadal mamy obowiązek oddzielać fakty od manipulacji. Wyrok ETPC powinien służyć poszukiwaniu prawdy i odpowiedzialności. Gdy ktoś wykorzystuje go do szerzenia twierdzeń, których Trybunał nie sformułował, nie broni ofiar. Wykorzystuje ich tragedię do prowadzenia kolejnej odsłony wojny informacyjnej.
Źródła: The chronology of events that occurred on 2nd of May, 2014 in Odessa – część 1 / The chronology of events that occurred on 2nd of May, 2014 in Odessa – część 2 / Radio Swoboda / DBR.GOV.UA / Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka / Borys Tynka, Odessa 2 maja 2014. Krwawy ślad „rosyjskiej wiosny”, Wydawnictwo e-bookowo, 2024.

Dziennikarz, felietonista, autor książek o Ukrainie, przewodnik i komentator wydarzeń związanych z Ukrainą oraz relacjami polsko-ukraińskimi.
Certyfikowany przewodnik po Odessie, odeskich katakumbach, ukraińskiej Besarabii i Kijowie. Autor licznych publikacji poświęconych historii, kulturze i współczesności Ukrainy, z których część została przetłumaczona na język ukraiński i wydana na Ukrainie. W 2020 roku otrzymał z rąk mera Odessy honorowy tytuł ambasadora miasta w Polsce.
24 lutego 2022 roku, w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, przebywał w Odessie. Pozostał tam przez kolejne miesiące, angażując się w koordynację pomocy humanitarnej i relacjonując przebieg wojny dla polskich mediów. Swoje doświadczenia z tego okresu opisał w książce „Odessa 4.5.0.”.
W Nowinach Wschodnich publikuje artykuły i komentarze dotyczące wojny rosyjsko-ukraińskiej, rosyjskiej propagandy i dezinformacji, historii Ukrainy, ze szczególnym uwzględnieniem Odessy, a także relacji polsko-ukraińskich i zmieniających się nastrojów społecznych.
Współpracuje z ukraińskimi redakcjami i portalami informacyjnymi, a także występuje w polskich mediach jako komentator spraw ukraińskich.
Co sądzisz o tym materiale?
Dołącz do rozmowy. Komentarze powinny odnosić się do tematu artykułu.
Napisz komentarz