O iluzji pokoju, polityce ustępstw i niebezpiecznej sztuce przyzwyczajania się do zła
5 000 zł
Nie chciałem pisać tego tekstu. Wydawało mi się, że o rosyjskiej wojnie przeciwko Ukrainie powiedziano już tak wiele, że kolejne słowa nie zmienią rzeczywistości. A jednak są momenty, w których milczenie staje się formą zgody na to, co powinno budzić sprzeciw. Dlatego piszę. Nie po to, by po raz kolejny opisywać oczywistości, lecz by zapytać, kiedy wojna przestała być dla świata nieustannym alarmem, a stała się częścią codzienności.

Od tragedii do kolejnego komunikatu
29 października 2026 roku. Dniepr (Dnipro). Rosyjski dron uderza w peron dworca kolejowego, na którym stoją pasażerowie oczekujący na pociąg do Zaporoża. W wyniku ataku ginie 15 osób, 14 zostaje rannych. Wśród poszkodowanych jest jedenastoletnie dziecko. To nie jest odległy front, wojskowa instalacja ani anonimowy obiekt infrastruktury. To dworzec, pociąg, zwyczajna przestrzeń codziennego życia. Kolejny rosyjski atak, kolejne ofiary, kolejny komunikat. Informacja pojawia się w serwisach, przez chwilę zajmuje miejsce w świadomości odbiorców, po czym ustępuje następnej. Świat odnotowuje tragedię i idzie dalej.
Nie chodzi o to, że wszyscy przestali współczuć Ukraińcom. Pomoc nadal płynie, deklaracje solidarności nie zniknęły, a wielu ludzi w Europie wciąż angażuje się w działania na rzecz Ukrainy. Zmieniło się jednak miejsce wojny w zbiorowej świadomości. To, co powinno wstrząsać opinią publiczną, coraz częściej staje się kolejną wiadomością dnia. Śmierć cywilów przestaje wywoływać długotrwałą reakcję, a ludzkie dramaty zamieniają się w liczby, które łatwo zapamiętać, lecz równie łatwo pozostawić za sobą.
Wojna nie stała się mniej brutalna. To świat stopniowo oswaja jej brutalność.
Za każdą liczbą kryje się czyjeś życie, przerwana biografia, pusty pokój i rodzina, która nie doczeka się powrotu bliskiej osoby. Dla europejskiego odbiorcy Dniepr może być nazwą miasta w kolejnej wiadomości. Dla jego mieszkańców pozostaje miejscem, w którym codzienność nie daje gwarancji bezpieczeństwa, a powrót do domu nie zawsze jest czymś oczywistym.
Psychologia zna mechanizm osłabiania reakcji emocjonalnych pod wpływem powtarzających się tragedii. Nie jesteśmy w stanie bez końca przeżywać każdego dramatu z jednakową intensywnością. Zmęczenie informacyjne jest zrozumiałe. Nie oznacza jednak, że musimy zaakceptować obojętność. Między niemożnością nieustannego przeżywania cudzego cierpienia a przyzwoleniem na jego normalizację istnieje zasadnicza różnica.
Właśnie tutaj zaczyna się problem, który wykracza poza psychologię odbioru wiadomości. Przyzwyczajenie zmienia granice społecznej wrażliwości. Osłabia poczucie pilności, przesuwa granicę tego, co uznajemy za dopuszczalne, i pozwala traktować przedłużającą się katastrofę jak niezmienny element rzeczywistości. Kiedy kolejny atak na ukraińskie miasto wywołuje już tylko krótkie westchnienie, pojawia się pytanie nie tylko o naszą wrażliwość, lecz także o polityczne konsekwencje takiego stanu rzeczy.
Czy świat, który oswoił wojnę, potrafi jeszcze rozpoznać mechanizmy prowadzące do jej eskalacji? Czy pamięta, że tragedie nie zaczynają się w chwili, gdy pierwsze rakiety uderzają w miasta? I czy umie dostrzec moment, w którym pragnienie zachowania pokoju zaczyna służyć utrwalaniu warunków sprzyjających agresji?
Pokój, który miał nadejść dzięki współpracy
Przez dziesięciolecia część zachodnich elit politycznych wierzyła, że Rosję można stopniowo włączyć w system międzynarodowej współpracy. Po rozpadzie Związku Sowieckiego wydawało się, że handel zastąpi konfrontację, wzajemne uzależnienie gospodarcze ograniczy ryzyko konfliktu, a dialog pozwoli przekształcić dawnego przeciwnika w przewidywalnego partnera.
Nie było niczego niewłaściwego w samym dążeniu do współpracy. Dyplomacja wymaga rozmowy, a relacje gospodarcze mogą sprzyjać stabilności. Błąd pojawiał się wtedy, gdy współpracę zaczęto traktować jak uniwersalne lekarstwo na każdy problem, a ekonomiczne korzyści przesłaniały pytania o charakter rosyjskiego państwa, jego cele i sposób rozumienia bezpieczeństwa.
Kreml otrzymywał dostęp do rynków, kapitału, technologii i politycznych kontaktów. W wielu europejskich stolicach utrzymywało się przekonanie, że wzajemne interesy będą wystarczająco silnym hamulcem dla rosyjskich ambicji. Tymczasem w samej Rosji umacniał się autorytaryzm, ograniczano przestrzeń dla opozycji, rozwijano propagandę historyczną, a język polityczny coraz częściej odwoływał się do krzywdy, odwetu i imperialnej przeszłości.
Rosja nie stała się państwem imperialnym dopiero za sprawą Władimira Putina. Imperialne wyobrażenia miały znacznie dłuższą historię. Jednak za jego rządów zostały podporządkowane nowej politycznej strategii, w której mit rosyjskiej wielkości służył legitymizowaniu władzy i uzasadnianiu roszczeń wobec sąsiadów.
Ogromne terytorium, arsenał nuklearny i status stałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ wzmacniały przekonanie, że Rosji należy się szczególne traktowanie. Jej aspiracje do posiadania uprzywilejowanej strefy wpływów często uznawano za element geopolitycznej rzeczywistości, z którym trzeba się liczyć, zamiast dostrzegać w nich zagrożenie dla suwerenności innych państw.
W ten sposób Rosja otrzymywała nie tylko materialne korzyści. Zyskiwała również coś trudniejszego do zmierzenia, lecz równie istotnego: potwierdzenie, że jej wyjątkowość jest akceptowana, a jej roszczenia mogą być przedmiotem negocjacji prowadzonych ponad głowami państw, których dotyczą.
Smok nie przestaje być smokiem tylko dlatego, że zawiera korzystne kontrakty.
Karmienie smoka i polityczne złudzenia
W historii o smoku, którego właściciele najpierw uznają za pożytecznego, a później odkrywają, że nie potrafią go już kontrolować, najważniejszy jest moment, w którym troskę myli się z bezpieczeństwem. Smoka karmiono, aby był posłuszny, uspokajano, aby się nie buntował, i przekonywano samych siebie, że przyzwyczajenie do wygody uczyni go łagodnym. On jednak odczytywał te działania inaczej: jako dowód własnej siły i cudzej słabości.
Ta metafora dobrze opisuje niektóre mechanizmy zachodniej polityki wobec Rosji. Nie oznacza, że Zachód stworzył rosyjski imperializm ani że wszystkie decyzje podejmowane po 1991 roku były błędne. Pokazuje raczej, jak polityczny pragmatyzm może stracić kontakt z rzeczywistością, jeśli jego podstawowym celem staje się podtrzymywanie relacji za wszelką cenę.
Szczególnie wyraźnie widać to w polityce energetycznej. Projekt Nord Stream 2 stał się symbolem przekonania, że bezpośrednie połączenie gazowe między Rosją a Niemcami wzmocni współzależność gospodarczą, a tym samym zmniejszy ryzyko konfliktu. Krytycy wskazywali jednak, że pogłębianie zależności od jednego dostawcy może stać się narzędziem nacisku politycznego i osłabić pozycję Ukrainy.
W 2021 roku Rosja odpowiadała za ponad 45 procent gazu importowanego przez Unię Europejską. Takiej zależności nie stworzył jeden projekt ani jedna decyzja. Była ona rezultatem wieloletniej polityki, w której ekonomiczną racjonalność zbyt często oddzielano od szerszego rozumienia bezpieczeństwa.
W listopadzie 2021 roku niemiecki regulator wstrzymał proces certyfikacji Nord Stream 2 z powodu niezgodności struktury organizacyjnej operatora z wymogami prawa. W lutym 2022 roku niemiecki rząd zawiesił proces certyfikacji po uznaniu przez Rosję kontrolowanych przez nią separatystycznych struktur we wschodniej Ukrainie.
Dopiero pełnoskalowa inwazja sprawiła, że europejska zależność energetyczna stała się dla wielu decydentów nie tylko problemem gospodarczym, lecz także bezpośrednim wyzwaniem strategicznym. Unia Europejska rozpoczęła intensywne ograniczanie importu rosyjskich surowców, a wcześniejsze założenia dotyczące współpracy z Moskwą zaczęły ustępować miejsca polityce bezpieczeństwa.
Pozostaje jednak pytanie: dlaczego ryzyko, przed którym ostrzegano przez lata, zostało potraktowane z należytą powagą dopiero wtedy, gdy wojna uczyniła je niemożliwym do zignorowania?
Podobny mechanizm można opisać za pomocą innej literackiej metafory: Frankensteina i stworzenia, które wymyka się spod kontroli swego twórcy. Nie chodzi o utożsamienie Rosji z potworem ani o przypisanie Zachodowi odpowiedzialności za rosyjskie zbrodnie. Chodzi o konsekwencje politycznych decyzji, które wzmacniają niebezpieczne tendencje, choć ich autorzy nie zamierzają doprowadzić do katastrofy.
Niekiedy zagrożenie nie powstaje w wyniku jednego wielkiego błędu. Rodzi się z wielu pozornie racjonalnych wyborów, z których każdy można osobno uzasadnić. Dopiero razem tworzą układ, w którym agresywna polityka zyskuje coraz więcej przestrzeni, a jej powstrzymanie staje się coraz trudniejsze.
Kiedy zrozumienie staje się usprawiedliwieniem
W niemieckim dyskursie politycznym funkcjonuje określenie Putinversteher, oznaczające osobę, która rozumie Putina, niekiedy również taką, która jego działania tłumaczy lub usprawiedliwia. Samo rozumienie przeciwnika nie jest oczywiście błędem. Bez analizy jego motywacji, ideologii i sposobu postrzegania świata nie sposób przewidywać jego działań.
Problem zaczyna się wtedy, gdy wyjaśnienie stopniowo przechodzi w usprawiedliwienie, a analiza przyczyn agresji odsuwa na dalszy plan odpowiedzialność za jej skutki.
W zachodniej debacie wielokrotnie powracała argumentacja oparta na konstrukcji „tak, ale”. Tak, Rosja naruszyła prawo międzynarodowe, ale Zachód nie uwzględnił jej interesów. Tak, Ukraina jest suwerennym państwem, ale Moskwa ma własną wizję bezpieczeństwa. Tak, aneksja Krymu była nielegalna, ale trzeba zrozumieć historyczne uwarunkowania rosyjskiej polityki.
Taka argumentacja może sprawiać wrażenie intelektualnej równowagi. W rzeczywistości bywa sposobem przenoszenia uwagi z decyzji agresora na okoliczności, które rzekomo zmusiły go do działania.
Tymczasem obawy geopolityczne nie dają państwu prawa do napaści na sąsiada, aneksji jego terytorium ani kwestionowania jego podmiotowości. Bezpieczeństwo jednego państwa nie może być budowane na odebraniu innemu prawa do samodzielnego określania własnej przyszłości.
Przypadek byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, który po zakończeniu kariery politycznej zachował bliskie związki z rosyjskimi koncernami energetycznymi, stał się symbolem szerszej dyskusji o granicach między interesem gospodarczym a odpowiedzialnością polityczną. Nie chodzi wyłącznie o jednego polityka, lecz o model myślenia, w którym relacje ekonomiczne z Rosją zbyt długo traktowano jako wartość samą w sobie.
Zachodnia pomyłka nie polegała na tym, że próbowano zrozumieć Rosję. Polegała na tym, że niekiedy łatwiej było wyjaśniać jej zachowanie, niż wyciągać konsekwencje z tego, co owo zachowanie oznaczało dla bezpieczeństwa innych państw.
Dyplomacja, która nie potrafi wyznaczyć granicy między kompromisem a przyzwoleniem, może niepostrzeżenie stać się narzędziem przystosowywania się do agresji.
Od Gruzji do Ukrainy: kolejne próby granic
Wojna nie zaczęła się w lutym 2022 roku. Pełnoskalowa inwazja była kolejnym etapem procesu, którego wcześniejsze sygnały można było dostrzec znacznie wcześniej.
W 2008 roku Rosja użyła siły militarnej przeciwko Gruzji, a następnie uznała niepodległość Abchazji i Osetii Południowej, regionów pozostających poza kontrolą gruzińskich władz. Był to sygnał, że Moskwa jest gotowa wykorzystywać siłę do wpływania na polityczny kurs sąsiednich państw.
W tym samym roku podczas szczytu NATO w Bukareszcie ogłoszono, że Ukraina i Gruzja zostaną członkami Sojuszu. Nie określono jednak konkretnego harmonogramu ich przystąpienia ani nie zapewniono im ochrony, która mogłaby skutecznie zabezpieczyć je przed rosyjską presją.
W 2014 roku Rosja zajęła Krym i bezprawnie go anektowała. Na wschodzie Ukrainy rozpoczęła się wojna, która pochłonęła tysiące ofiar i na wiele lat zmieniła życie milionów ludzi. Zachód wprowadził sankcje, ale nie zdołał powstrzymać dalszej eskalacji. Znaczna część powiązań gospodarczych przetrwała, a dyplomatyczne próby stabilizacji konfliktu nie przyniosły trwałego pokoju.
Lata 2014–2022 nie były dla Ukrainy okresem pokoju w pełnym znaczeniu tego słowa. Był to czas wojny, strat, presji politycznej i nieustannego zagrożenia. Jednocześnie w części europejskich stolic utrzymywała się nadzieja, że konflikt da się zamrozić, a relacje z Moskwą stopniowo odbudować bez zasadniczej zmiany dotychczasowej polityki.
Nie sposób dowieść, że inna reakcja na wydarzenia z 2008 lub 2014 roku z pewnością zapobiegłaby późniejszej inwazji. Historia nie daje możliwości sprawdzenia alternatywnych scenariuszy. Można jednak stwierdzić, że działania podjęte po 2014 roku nie wystarczyły, by powstrzymać Rosję przed rozpoczęciem znacznie większej wojny.
Za każdym razem Kreml sprawdzał granice tego, co może zrobić bez poniesienia kosztów uznanych za nieakceptowalne. Za każdym razem społeczność międzynarodowa musiała decydować, czy jej zasady pozostaną deklaracjami, czy też zostaną przełożone na konsekwentne działanie.
Właśnie w tej sekwencji wydarzeń tkwi jeden z najważniejszych problemów europejskiej polityki bezpieczeństwa: nie każde ustępstwo prowadzi do kolejnego aktu agresji, ale brak skutecznego odstraszania może utwierdzać agresora w przekonaniu, że ryzyko dalszej eskalacji jest do zaakceptowania.
Ukraina jako problem rosyjskiej wyobraźni imperialnej
W lipcu 2021 roku Władimir Putin opublikował tekst poświęcony historycznej jedności Rosjan i Ukraińców. Przedstawił w nim historię obu narodów w sposób podporządkowany wizji ich cywilizacyjnej wspólnoty, a samodzielność ukraińskiego rozwoju politycznego w istotnym stopniu zakwestionował.
Nie był to wyłącznie spór o interpretację przeszłości. Tekst ujawniał sposób myślenia, w którym suwerenność Ukrainy nie była traktowana jako bezdyskusyjny fakt polityczny, lecz jako problem wymagający rozstrzygnięcia zgodnie z rosyjskimi wyobrażeniami historycznymi.
To właśnie tutaj mit przestaje być tylko opowieścią o przeszłości. Staje się programem działania.
Jeśli bowiem uznaje się, że sąsiedni naród w istocie nie ma odrębnej historii politycznej, a jego państwowość jest przypadkowa lub sztuczna, łatwiej zakwestionować również jego prawo do samodzielnego wyboru sojuszy, modelu ustrojowego i kierunku rozwoju. W takim ujęciu niezależność Ukrainy staje się dla Kremla nie tyle rzeczywistością, którą należy respektować, ile przeszkodą na drodze do odbudowy imperialnej strefy wpływów.
W lutym 2022 roku ta logika przybrała postać pełnoskalowej inwazji. Rosja próbowała narzucić Ukrainie własną wizję jej historii, państwowości i przyszłości za pomocą siły militarnej.
Zachód odpowiedział szeroką pomocą wojskową, finansową i humanitarną, kolejnymi sankcjami oraz zmianą podejścia do bezpieczeństwa europejskiego. Byłoby niesprawiedliwe sprowadzać całą zachodnią politykę do obojętności. Wiele państw podjęło realne i kosztowne działania na rzecz Ukrainy.
Nie zmienia to jednak pytania o wcześniejsze błędy. Czy bardziej konsekwentna reakcja na wydarzenia w Gruzji i na Krymie, mniejsza zależność energetyczna od Rosji oraz skuteczniejsze odstraszanie mogły wpłynąć na kalkulacje Kremla? Nie znamy odpowiedzi. Wiemy natomiast, że wcześniejszy model relacji nie zapobiegł wojnie.
Imperialny mit jest niebezpieczny nie tylko dlatego, że fałszuje przeszłość. Staje się szczególnie destrukcyjny wtedy, gdy służy odebraniu innym narodom prawa do samodzielnego istnienia.
Europa pamięta, ale czy wyciąga wnioski?
Dwie wojny światowe pozostawiły Europie doświadczenie, które miało stanowić ostrzeżenie przed nacjonalizmem, ekspansjonizmem i polityką usprawiedliwiania przemocy. Historia XX wieku pokazała, jak niebezpieczne mogą być ustępstwa wobec państwa, które konsekwentnie rozszerza swoje roszczenia, oraz jak wysoką cenę płaci się za zbyt późne rozpoznanie zagrożenia.
Nie oznacza to, że współczesną Rosję należy bez zastrzeżeń utożsamiać z nazistowskimi Niemcami, a dzisiejszą Europę z okresem międzywojennym. Historyczne analogie wymagają ostrożności. Różne są ustroje, okoliczności i międzynarodowe uwarunkowania. Można jednak porównywać mechanizmy polityczne: lekceważenie rewizjonistycznych ambicji, wiarę w możliwość trwałego porozumienia bez skutecznego odstraszania, stopniową akceptację roszczeń agresora i niechęć do uznania zagrożenia, dopóki nie stanie się bezpośrednie.
Pamięć historyczna nie działa automatycznie. Można znać historię Hitlera, Holokaustu i drugiej wojny światowej, a mimo to nie rozpoznawać współczesnych form autorytarnej propagandy i imperialnej polityki. Można uczestniczyć w uroczystościach upamiętniających ofiary dawnych katastrof, a jednocześnie przyzwyczajać się do tego, że silniejsze państwo rości sobie prawo do decydowania o terytorium i przyszłości słabszego sąsiada.
Problem nie zawsze polega na braku wiedzy. Czasem polega na niechęci do zastosowania tej wiedzy w praktyce politycznej.
Historia nie jest instrukcją, która pozwala dokładnie przewidzieć przyszłość. Jest jednak źródłem ostrzeżeń. Nie zwalnia nas z myślenia, lecz odbiera wygodną wymówkę, że nie mogliśmy dostrzec żadnych sygnałów.
Wojna jako kolejna wiadomość
Wróćmy do Dniepru. Piętnaście osób nie żyje. Pięć zostało rannych. Te liczby mają znaczenie, ale nie opowiadają całej historii. Nie pokazują strachu, który pozostaje po ataku, rodzinnych rozmów prowadzonych w niepewności ani zwykłych czynności, które nagle stają się próbą odwagi.
Dla mieszkańców Ukrainy wojna nie jest metaforą ani przedmiotem debaty o skuteczności europejskiej dyplomacji. Jest doświadczeniem codziennym. Dla części europejskich odbiorców staje się natomiast wydarzeniem, które można śledzić lub pominąć, zależnie od zainteresowania i bieżącego natłoku informacji.
Właśnie dlatego przyzwyczajenie do wojny jest tak niebezpieczne. Może prowadzić do sytuacji, w której opinia publiczna przestaje domagać się konsekwentnych działań, politycy zaczynają traktować przedłużający się konflikt jako nieunikniony, a solidarność zmienia się w rytuał powtarzany przy kolejnych rocznicach i tragediach.
Nie oczekujmy, że świat każdego dnia będzie przeżywał wojnę tak, jakby zaczęła się wczoraj. Nie jest to ani możliwe, ani konieczne. Oczekujmy jednak, że nie pomyli zmęczenia informacyjnego z przyzwoleniem, a przyzwyczajenia z normalnością.
Solidarność nie polega na nieustannym deklarowaniu emocji. Polega na zdolności do podtrzymywania działania także wtedy, gdy uwaga słabnie, a nagłówki przestają poruszać. Oznacza realne wsparcie Ukrainy, odpowiedzialność polityczną, rzetelność medialną i zrozumienie, że bezpieczeństwo Ukrainy nie jest problemem odległym od bezpieczeństwa Europy.
Nie chodzi również o przypisywanie zbiorowej winy społeczeństwom Zachodu. Odpowiedzialność za rozpoczęcie i prowadzenie wojny spoczywa na rosyjskim kierownictwie. Jednak analiza politycznych błędów, które poprzedziły inwazję, pozostaje konieczna, jeśli chcemy ograniczyć ryzyko powtórzenia podobnego scenariusza.
Rosyjski imperializm nie powstał dlatego, że Zachód handlował z Rosją. Nie każda próba dialogu była błędem, a nie każdy kompromis oznaczał słabość. Problem polegał na tym, że część zachodnich elit zbyt długo wierzyła, iż współzależność gospodarcza sama w sobie powstrzyma ambicje polityczne, a dążenie do stabilności może zastąpić konsekwentne reagowanie na agresję.
Nie stworzyły one rosyjskiego imperializmu, ale ich decyzje mogły pomóc mu zachować przestrzeń do rozwoju. Tak jak kolejne ustępstwa nie muszą automatycznie prowadzić do wojny, tak samo deklaracje pokoju nie gwarantują bezpieczeństwa, jeśli nie towarzyszą im wiarygodne granice i gotowość do obrony podstawowych zasad.
Smoki nie stają się bezpieczne dlatego, że karmi się je w dobrych intencjach. A polityczne złudzenia nie stają się mądrością tylko dlatego, że nazywa się je pragmatyzmem.
Najwyższą ceną niedalekowzroczności nie jest utracony zysk ani nieudany scenariusz dyplomatyczny. Jest nią ludzkie życie, które trzeba oddawać, gdy zagrożenie, którego nie chciano dostrzec, w końcu wymyka się spod kontroli.
Dlatego nie wystarczy pytać, ile jeszcze takich wiadomości zobaczymy. Trzeba pytać, co zrobimy, aby nie stały się one nieodłączną częścią europejskiej codzienności.
Nie chciałem pisać tego tekstu. Ale kiedy śmierć niewinnych ludzi staje się kolejną informacją, a wojna czymś, do czego można się przyzwyczaić, milczenie nie jest już neutralne.
To zmusza do myślenia. I do mówienia. Ale myślenie bez działania pozostaje bezsilne, a słowa bez konsekwencji stają się kolejnym rytuałem. Pytanie nie brzmi już, czy świat rozumie, co dzieje się w Ukrainie. Pytanie brzmi, czy jest gotów wyciągnąć z tego zrozumienia konsekwencje.

Literaturoznawca, badacz kultury, tożsamości i relacji polsko-ukraińskich, specjalizujący się w procesach społeczno-kulturowych Europy Środkowo-Wschodniej.
Od lat łączy działalność naukową, edukacyjną i społeczną w Polsce oraz Ukrainie. Jego zainteresowania badawcze obejmują pogranicza kulturowe, pamięć zbiorową, procesy postkolonialne i wzajemne oddziaływanie kultur. Jest autorem i współautorem kilku monografii oraz ponad 150 publikacji naukowych.
Posiada wieloletnie doświadczenie akademickie i organizacyjne. Pełnił funkcje kierownicze na uczelniach w Polsce i Ukrainie, kierował zespołami badawczymi oraz realizował międzynarodowe projekty naukowe i edukacyjne.
Angażuje się w działalność na rzecz polskiej społeczności w Ukrainie, szczególnie w Berdiańsku i południowo-wschodniej części kraju. Zajmuje się ochroną dziedzictwa kulturowego, edukacją oraz dokumentowaniem doświadczeń społeczności dotkniętych wojną i okupacją.
W swoich publikacjach i komentarzach analizuje wojnę rosyjsko-ukraińską, relacje polsko-ukraińskie, sytuację Polonii w Europie Środkowo-Wschodniej, politykę pamięci oraz kwestie tożsamości narodowej i kulturowej. Podejmuje również temat rosyjskiej propagandy i narracji imperialnych.
Za działalność naukową, kulturalną i społeczną został odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” oraz odznaką „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.
Co sądzisz o tym materiale?
Dołącz do rozmowy. Komentarze powinny odnosić się do tematu artykułu.
Napisz komentarz